
Zaskoczenie zupełne. Spodziewałem się jakiegoś bum: widowiskowej rewii pełnej efektów specjalnych, która raczej byłaby lekką rozrywką a nie przyczynkiem do rozmyślań. Tymczasem oglądam kameralną historię zza kulis, piękny film o teatrze: tragikomedię rozpisaną na pięć (może sześć) osób, fenomenalnie kręconą i niesamowicie dynamiczną, ale jednocześnie bardzo skupioną na psychologii bohaterów. Jest w tym filmie coś klaustrofobicznego, gdy kamera biegnie po wąskich korytarzach a jednocześnie perkusja wybija rytm. Rytm a może tętno?
„Birdman” to film o lęku przed byciem nikim. Idealny temat dla autora bloga, który humor tego dnia (wpis poniżej) miał pod psem. Aby stać się kimś, główny bohater poświęca wszystko, lecz i tak Sam, jego córka (świetna rola Emmy Stone, te wielkie oczy!), przypomni mu, że nic nie osiągnął. Nikt nie umie dojrzeć, że Riggan Thomson jest wyjątkowy.
(Spojler) I wprawdzie w filmie wspominają o Ikarze, to jednak sposób osiągnięcia sławy, który wybiera Riggan, więcej ma z Herostratesa. Cóż, tak się zostaje bohaterem w czasach sieci. Mimo wszystko, „Birdman” podtrzymuje na duchu. Wpisuję go na listę filmów-antydepresantów.
Słowa klucze: skype, twitter, bzy, truth or dare, data śmierci Farrah Fawcett
(4,0/4,0)
