Marian Buchowski, Buty Ikara, Iskry 2014 (1)

Dziwnym (?) trafem moje grzebanie w dziennikach zbiegło się w czasie z lekturą biografii Edwarda Stachury (bardzo bogatej w treść, choć napisanej czasem nieznośnym, kumpelskim tonem). W pewnym okresie, gdy jeszcze pisałem dziennik a nie pisałem bloga, zacząłem u E.S. odnajdywać wszystko to, co samemu chciałem, nieudolnie się siląc, wyrazić. Obrałem jego pisanie za swój własny głos, odczytałem go i zawłaszczyłem (to był dziwny pomysł: przeżywanie cudzego pisania, choć ówczesny autor dzienników miewał sporo dziwnych pomysłów). Nawet wyliczyłem, że moje poczęcie lokuje się gdzieś w pobliżu daty jego samobójczej śmierci (tego odkrycia dokonałem, pamiętam jak dziś, na rowerze w nadmorskim parku w Gdańsku, zapewne w lipcu). Nie mówiąc już o tym, że Annopol, w którym co sierpień u rodziny państwa Majów jadłem pomidorową, wydawał się – dzięki „Falując na wietrze” – miastem zaczarowanym. Potem natomiast, zacząłem naśladować szyk, frazę, rytm tego, co E.S. pisał. Z pożytkiem dla oszczędności słów na tym blogu. Chyba.

Poczucie wyjątkowości, drażliwość na swoim punkcie, chorobliwy (na pograniczu patologii) narcyzm – jak określały to osoby, które się z nim spotykały: E.S. To, co pisze Buchowski i to, co czytam w zielonych zeszytach jakoś dziwnie współgra. To jest ten moment, w którym rozumiesz, dlaczego wybrałeś tego a nie innego poetę za przewodnika. (Dopisane: czy chorobliwy (na pograniczu patologii) narcyzm to właśnie nie jest źródło każdej potrzeby pisania? Gdy własne życie odczuwasz jako tak wyjątkowe, że należałoby je utrwalić?)

Dodaj komentarz