
Ów autor bloga, tak zwalczający wszelką pompę, okazuje się być nastoletnim autorem patetycznych dzienników, w których religijne uniesienia (tak, tak, mówimy o tym samym racjonalnym autorze bloga) mieszają się z dręczącymi go miłosnymi fantazjami. Za to zapisany tytuł „Cudowne dni” (bo z myślą o wydawcy, a może i ekranizacji pisał ów autor), jasno nawiązuje do amerykańskiego serialu, którego mottem był Joe Cocker: akurat okazja.
Zacząłem się zastanawiać, czy człowiek w ogóle dorasta? Czy jest taki moment – kiedyś nawet go oczekiwałem – że już jest gotowy, ukształtowany, zupełnie nieśmieszny? Może to omam, że jest? Może to, co piszę w tej chwili, to też wstyd czytać?
Salieri, nie Mozart.
