Dziennik. Narodzenie

(Giotto, Scena Narodzenia z kaplicy Scrovegnich w Padwie, źródło: pmk-hannover.de)

Ktoś się urodził. Kto? Do końca nie wiadomo. Nie ma kto czytać starożytnych tekstów. Jakieś dziecko, gdzieś dawno, pod okupacją, jedną albo drugą. Te wszystkie szczegóły wyglądają na bajkę: słodycz aniołów, elegancja mędrców, egzaltacja prostaków. Jakby kolorowanki malował Giotto. Najbardziej prawdopodobne wydają się w tym wszystkim zwierzęta, ale one nie rozumieją nic. Umieszczono je tam ze względu na kompozycję. 

Zresztą nas nie obchodzi zbytnio kto się urodził, podobnie jak to, czy to czyjeś urodziny. Spytajcie ludzi w alejkach galerii handlowych, biegnących do sklepów, kierowców na parkingu lidla. Ich to nie interesuje. Klną na czym świat stoi ze swoją listą rzeczy do zrobienia i z poczuciem, że to, co jest, nie jest tym, czym powinno być. 

Za pomarańczami z przeceny, grubym Mikołajem, który woła o radosnych świętach, smutnym Mikołajem, który spluwa na przejściu, gdy idę do sklepu, reniferami otrząsającymi się z deszczu, za wyjątkowymi promocjami, akcjami zbawiania karpi i rodzicami, którzy pokazują dziecku duszącą się rybę w plastikowym worku: Patrz, ryba, jak się rusza, za magiczną atmosferą, białymi świętami, Georgem Michaelem i Mariah Carey, piernikową kawą, góralskimi serdakami, sztuczną owcą na jarmarku w ulewie, piciem w restauracjach, żeby zapomnieć o nieszczerych życzeniach, za lukrem na facebooku, jodłami kaukaskimi po 69,90 z obi, cichą nocą na fletnię pana, na dzwonki i w wykonaniu kotów, złotą farbą do gwiazd, za tym wszystkich ukrył się ten, co się narodził. Jeśli rzeczywiście to prawda.

Dodaj komentarz