Marcel Proust, W cieniu zakwitających dziewcząt, MG 2014 (1)

 

Z pamiętnika snoba:

Jakoś w wakacje zaszedłem po książkę do „Wrzenia świata”, gdzie gniazdują po kątach rozmaici literaccy snobi, książkowi dziwacy, i usłyszałem: ja to teraz czytam Prousta. Im bardziej jesteś ę-ą, tym bardziej go czytasz. To moja ulubiona lektura, oświadczają w rankingach. Jeśli filmy to Passolini, jeśli książki to Proust, jeśli, jeśli. Więc co się stanie, gdy ja również zacznę czytać? Ę-ą-ę-ą-ę-ą!

Proust doświadczalnie pokazuje to, co o czasie, a także o przestrzeni, napisał pół wieku później Antoni Kępiński.

Proust wymaga łóżka i herbaty, w najlepszym wypadku magdalenek albo chociaż szarlotki z kruszonką, takiej z prodiża w R. To nie jest gatunek prozy, który nadaje się do komunikacji miejskiej albo do czytania przed gabinetami doktorów, bo trzeba go smakować. Przeczytałem dwie strony na głos i dopiero wtedy poczułem ten efekt natężenia słów.

Bardzo ładne wymyśliłem zdanie: Zawsze jesienią czytuję Prousta. Teraz będę mógł go używać w odpowiednim towarzystwie, na przykład pokątnie we „Wrzeniu świata”1.

 

______

1 O prawdziwości tego zdania zaświadcza to, co pisałem tutaj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s