Dz.U. Pictures presents „Pewnego razu na Dzikim Wschodzie”

Wbrew tytułowi książki Jana Józefa Szczepańskiego western się nie skończył. Uległ za to transformacji. Oglądamy więc wariacje na temat westernu dziejące się – po raz pierwszy od dawna polski tytuł bardzo mi się podoba – w zapomnianych przez Boga i ludzi górskich okolicach Kurdystanu (miejscowość nazywa się Qamarian i leży w okolicach granic irańskiej oraz tureckiej). Są tam konie, są kapelusze, są dobrzy i źli, szybcy i martwi.

Wariacje kurdyjskie na temat westernu są bardzo przewrotne.

Mężczyźni (pomijając głównego bohatera, ale to akurat cecha gatunkowa) to strzelający z ukrycia tchórze, zamiast walką o niepodległość zajmujący się przemytem przez granicę przeterminowanych leków, do cna przeżarci korupcją. Mężczyźni mianują siebie samych ludźmi honoru, ale honor jest w ich wypadku pojęciem pustym, sprowadzającym się do kontroli życia seksualnego kobiet. Nie mają siły przeciwstawić się złu, bo siedzą w bagnie (choć bagno do pięknie sfilmowanego tamtejszego krajobrazu zupełnie nie pasuje) po uszy.

Kobiety to co innego. Kobiety są ludźmi czynu, walczą za wolność, ryzykując życie. Wbrew mężczyznom chcą prowadzić szkołę i uczyć dzieci. Wreszcie to kobiety (uwaga, spojler!) rozwiązują kluczowy problem, będący osią dramatu. Choć wszyscy się spodziewali, że rozwiąże go mężczyzna, to znaczy kurdyjska wersja szeryfa.

Ów szeryf jest idealistą, dość mocno zaślepionym ideą budowy państwa prawa w górskim Kurdystanie, idealistą, który wioskowej sitwie nie daje spokoju. Na jego przykładzie, od pierwszej sceny, widzimy, że w tym męskim świecie nie da się zaprowadzić demokracji na wzór europejski. Dzisiaj w innej części Kurdystanu znów rządzą okutani w chusty mężczyźni, podrzynający gardła i bez honoru szafujący słowem honor (ale to temat na inny wpis).

Film ogląda się dobrze, ale denerwuje mnie w nim gwiazdorstwo. Od pewnego momentu narracja, dotychczas wciągająca i ładnie sfilmowana, zaczyna być rozgrywana w zbliżeniach twarzy Govend (Golshifteh Farahani) i Barana (Korkmaz Arslan), aż się orientujemy, że z filmu zrobiła się historia miłosna. Trochę w tle za to pozostaje to, co było naprawdę ciekawe.

(Dopisane: po kurdyjsku „dziękuję” brzmi spas! Czy to ma jakiś związek z językiem rosyjskim?)

Słowa klucze: walczące konie, Elvis Presley, wieszanie, koc w kwiaty (zwraca uwagę A.)

(3,5/3,0)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s