Dz.U. Pictures presents „Nimfomanka – Część I” (wersja reżyserska)

(źródło: en.unifrance.org)

Cała kampania promocyjna „Nimfomanki” sprowadzała się do orgazmów. Zarówno biorąc pod uwagę tytuł, jak i towarzyszące styczniowej premierze zachęty dystrybutora, wcale nie jest dziwnym, że widownia oczekiwała (przepraszam, że zacytuję) ostrego rżnięcia. Nawet wczoraj tłum na sali podczas pokazu wersji reżyserskiej (podobny do tłumów na festiwalach filmowych, choć po raz pierwszy widziałem w kinie niemowlę w wózku, które nawet nie płakało, gdy nagle uderzył „Rammstein”) świadczył o tym, że oczekiwano seksu, seksu i jeszcze raz seksu. Jest seks, są sceny pornograficzne (o ile w „Życiu Adeli” mówiłbym o erotyce, to tutaj nie mam wątpliwości, że to pornografia), ale ten film jest zupełnie o czymś innym, stokroć bardziej smutnym.

Najważniejsze w tym filmie dzieje się w małym pokoiku, za którego oknami pada śnieg i którego każdy detal jest ważny (właśnie w tym perfekcjonizmie ukazuje się wielkość Larsa von Triera, kamera nigdzie nie rusza się bez potrzeby). Najważniejszy jest dialog między nią a nim, dziejący się w tych czterech ścianach, przywodzący na myśl opowiadanie baśni z 1001 nocy albo dialogi filozofów.

Toczy się on w świecie, w którym umarły wszystkie wartości, religijny sentyment zastąpił religię, w świecie, w którym człowiek odczuwa metafizyczne osamotnienie, osamotnienie w życiu i osamotnienie w śmierci (jeśli stopniować pornografię w „Nimfomance”, to najwyższa jest ta pornografia śmierci w rozdziale „Delirium”). To jest kosmiczna samotność człowieka. Choroba na śmierć – powiedziałby inny duński twórca.

Wszyscy ci, którzy zwabieni kampanią reklamową, plakatami i tytułem, przychodzili do kina, mieli prawo poczuć się zawiedzeni. Oczekujesz orgazmu a otrzymujesz memento mori – von Trier pokazuje widzom twarz ironisty. Co więcej, ten film może nużyć, wymaga bowiem umysłowej koncentracji przez całe sto pięćdziesiąt minut, żeby połapać się w erudycyjnych odniesieniach do kultury europejskiej (magdalenki, cantus firmus). Sam wyszedłem nieco skołowany (pobudka była tego dnia o piątej) a A. ziewała. Ale jaka po filmie gonitwa myśli!

(Nie wykluczam również, że film jest filmową grafomanią. To byłaby taka piękna ironia na poziomie meta. Przyciągają cię przy użyciu seksu, a ludzie lecą na to jak ryby na muchę – w końcu uniesienia duchowe zastąpiono dzisiaj uniesieniami seksualnymi, a  potem karmią wymyślnymi zdaniami, przemyśleniami i obrazkami, żeby z ciebie i z twojego libido zakpić).

Słowa klucze: „Wędkarz doskonały”, jesion (był najpiękniejszym drzewem… miał palce pobrudzone popiołem), sposób obcinania paznokci (zaczynający od lewej ręki są bardziej beztroscy)

(3,0/4,0)

1 Comment

Dodaj komentarz