I
Nie było wytchnienia. Autor bloga przestał nawet chodzić na kawę do fontanny a jak raz poszedł to z rozpaczy zamówił bezkofeinową i na chudym mleku równocześnie. Nawet dzieci i pary młode opuściły fontannę. Wszyscy oddychali ciężko.
II
Kiedy A. nie ma ze mną, ciemne, wielkie śmigłowce przelatują nad moją głową. Nadchodzi wojna nad Bemowo i jak tu się kłaść spokojnie?
III
Nagle w pełnym słońcu, ten jasny deszcz. Zaskakuje, niespodziewany, kiedy robią zakupy, idą na spacer, kłócą się o cenę pomidorów. Gromadzą się teraz przy oknach sklepu: jak to?
(Gdyby to była bajka, w tym jednym momencie zaczęłoby padać i padałoby nieprzerwanie czterdzieści dni i czterdzieści nocy, aż wypatrzyliby do deszczu oczy klienci samu żoliborskiego, aż zatopiłyby się pomidory na straganach, aż woda chlusnęłaby ulicami Kochanowskiego i Broniewskiego jak Żółtą Rzeką.)
IV
Autor bloga kupił chleb i nektarynki. Zwinął marynarkę do torby i przepchał się do drzwi. Cały krajobraz pokrywały cieniusieńkie, błyszczące nitki, rozpryskujące się na asfalcie w miliony małych wulkanicznych erupcji (tak sobie wyobrażał to autor bloga a wyobraźnię miał bujną).
Najgorsze było na powiekach. Rozchlapywały mu się krople deszczu i zalepiały rzęsy. Nikt by nawet nie zauważył, że płacze, więc dobrze, że nie płakał.
Miał: mokre włosy, mokrą koszulę, mokre spodnie, mokre skarpety, mokre buty, mokry chleb, mokre nektarynki. Ludzie patrzyli dziwnie, ale autor bloga był całkiem zadowolony. Lepiej przecież być mokrym, ale już w domu, niż suchym, czekając ciągle na przejaśnienie (w gruncie rzeczy podzielał pogląd o możliwości czterdziestu dni i czterdziestu nocy opadów).
Teraz leży, autor bloga, patrzy na burzę i pomidory na balkonie. Myśli o ludziach, którzy nie zdołali uciec. Schnie.
