
Po powrocie do kina wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że na skandynawskiej komedii kryminalnej będę zanosił się od chichotu. Dawno tak dobrze się nie bawiłam – mówi A.
„Stulatek…” komedią jest pierwszorzędną. Śmieszy wszystko: pomyłki, nagłe zwroty akcji, historie bohaterów (jak choćby losy tytułowego, łączącego w sobie Egona Olsena i Forresta Gumpa, z życiowym mottem: Jest jak jest, będzie jak będzie). Jest też zabawnie podaną opowieścią o dwudziestym wieku (w której występują i Franco, i Truman, i Stalin), choć jak zwykle mam wątpliwości, co do pokazywania gułagu w konwencji komediowej (ale po „Bękartach wojny” wszystko można). Trup ściele się też raczej gęsto: w końcu ta komedia jest czarna.
Mnie ujmuje postać komisarza prowadzącego w filmie śledztwo w sprawie ucieczki stulatka i paru innych, towarzyszących jej zdarzeń. W epoce tryumfu skandynawskich kryminałów, epoce Kurta Wallandera i Harry’ego Hole’a, inspektor Aronsson (na zdjęciu: w trakcie czynności dochodzeniowych) stanowi antytezę wspomnianych detektywów. Ostatnią rzeczą, która go interesuje jest powodzenie śledztwa. Wciąż załatwia prywatne sprawy w czasie służby, powtarzając jestem z budżetówki. Bardziej pasjonuje go trymowanie włosów z nosa niż nowe dowody. Oglądamy Aronssona i śmiejemy się, bo wiemy, jaki powinien być zgodnie z wzorcem w literaturze kryminalnej z północy.
Słowa klucze: Dżibuti, gang motocyklowy, słoń, zapalniczka od prezydenta Trumana, tort marcepanowy, dynamit, Bali, chłodnia, kot Mołotow
(4,01/4,0)
______
1 A. przyznaje po pewnym czasie, że ocena była zawyżona i ze teraz postawiłby 3,0 (dopisane w sierpniu 2014 r.)
