Dziennik (01/06/14)

I

Byliśmy daleko na ślubie. Ostatni raz jak byliśmy daleko na ślubie, musieliśmy się tłumaczyć mówiącym po śląsku policjantom, dlaczego tak szybko i nieprzepisowo w śląskim obszarze zabudowanym i w końcu jak dojechaliśmy, to już byli małżeństwem1. Nie mogliśmy tego znowu powtórzyć. Ślub był Mlenki. (Pozwalam sobie na taką prywatę i pisanie bez inicjałów, bo Mlenka jest wyjątkową postacią w historii tego bloga, będąc prawdopodobnie pierwszą i przez pewien czas jego jedyną czytelniczką. Więcej prywaty: w tym miejscu jeszcze raz składam najlepsze życzenia!).

Ślub był o szesnastej. Mniej więcej za dwie szesnasta zatrzymaliśmy się na parkingu otoczonym ławeczkami, na których siedzieli znudzeni kuracjusze. Nie było wyjścia. A. zdołała się jakoś przebrać w samochodzie, autor bloga zachował się natomiast jak typowy, parkingowy ekshibicjonista, zamieniając zwykłe spodnie na te garniturowe. Jakby nie było, szesnasta dwie byliśmy już w kościele.

II

Ulice zauważone po drodze (które zaciekawiły autora bloga): Boczna i Urwana (obok siebie), Rejonowa, Łączności, Hodowlana, Karola Świerczewskiego.

III

Prawdziwa miłość to siła woli. Powiedział ksiądz na ślubnym kazaniu i najpierw chciałem się nie zgodzić, potem przypomniałem sobie Stachurę i „Pokocham ją siłą woli”, później pomyślałem o woli mocy (podstawowe pojęcia znanych filozofów, których możesz użyć w konwersacji, aby uczynić ją bardziej wyszukaną), a na końcu stwierdziłem, że to nie jest głupie, to stwierdzenie. Oszczędzę szczegółów swoich przemyśleń: byle nie trwała tylko siłą woli.

IV

10614_1_400x400

Stoimy przed przejazdem. Obok domku dróżnika ogródek: irysy, łubiny, piwonie. To musi być kobieta, mówi A. Nadjeżdża towarowy. Drzwi uchylają się. Wychodzi właścicielka ogródka. Towarowy sunie ponad łubinem.

V

Zalipie to taka Atlantyda wszystkich etnografów. Pojawia się od pierwszych zajęć, że gdzieś tam, za górami, za rzekami, istnieje wieś z kolorowymi domami. Był drogowskaz, więc nie mogliśmy inaczej, tylko pomacać, uszczypnąć, że naprawdę. I kiedy już skręciliśmy gdzieś w boczną drogę, co mijała ronda, wsie, linie kolejowe, i tak przez trzynaście kilometrów w zbożu i makach, to w końcu dotarliśmy do tablicy „Zalipie: malowana wieś”, a potem odnaleźliśmy „Zalipie: dom malarek”. I weszliśmy do tego domu, który przypominał przeciętny gminny dom kultury, ale miał na froncie namalowane kolorowe bukiety. Weszliśmy, a tam przy stoliku siedzi, rozmawiając po swojemu, para Japończyków i je kanapki. Wszystko tak jak u Japończyków: przewodnik zapisany drobnym maczkiem, aparat, nawet takie typowe kurtki na polską pogodę. To nie mogło dziać się naprawdę, uszczypnij mnie. Od tej pory wiemy już, że Zalipie, jak Atlantyda, nie jest rzeczywiste. (A zdjęcia? Co zdjęcia?)

zalipie_na_bloga

VI

Za Szydłowcem w środku wsi, różowy domek. Napis głosi, że całodobowy seks-shop. Poprosiłem A., żeby raz jeszcze przeczytała napis. Całodobowy seks-shop, w środku wsi. Jeszcze raz mnie uszczypnij.

(Dopisane: A. stwierdza, że był samoobsługowy, a nie całodobowy. Samoobsługowy seks-shop w środku wsi).

VII

Nie lubię Radomia. Wolę Bemowo2.

_______

1 O tej podróży pisałem tutaj.
2 O naszym stosunku do Bemowa pisałem tutaj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s