1.
jadę pociągiem który się zapala
cierpi na zapalenie pociągu
ale brzmi to tak dwuznacznie
że wysiadam z metra
Służew
2.
Dosiadł się na Suzina, miał brzęczącą szkłem reklamówkę i papierową torbę. Tamta słuchała muzyki, gdy nagle w nią, tą torbą. To autobus ruszył. Przeprosił, usiadł. – Ta torba – mówi – ja w tej torbie papierowej mam jajka i ćwiartkę wódki. Wyciągnął, odkręcił. – Pani zdrowie – mówi i łyka hausta. Nie, że jakiś pijaczyna, o nie, kulturalny pan pod sześćdziesiątkę o głosie mojego stryjka, nie że agresywny albo wulgarny, nawet nie zajeżdżało od niego wódą jak wsiadł. No ale już do niej, że oczy ma piękne i duże (Pani rozumie?). Nie rozumiała, ale wyjęła słuchawki z uszu, to on do niej pytać, jakie on ma oczy. – Czarne – powiedziała. Ale to już był mój przystanek a oni pojechali dalej, więc się nie dowiem, jak to było z tymi oczami.
3.
– Skąd pan jest?
– Z Lubelszczyzny.
– A dokładniej?
– Spod Żelechowa, to koło Garwolina.
Słucham i dumę czuję, bo oprócz miast urojonych zajmowałem się w dzieciństwie urojonymi państwami. Widziałem siebie w roli wielkiego księcia Wielkiego Księstwa ze stolicą w Lu. Na marginesie, czyni mnie to niejako prekursorem środkowoeuropejskich separatystów, bo Krym to już wiele lat po. Oczywiście, w takim wypadku, Żelechów, zwłaszcza, że mieszkała w nim ciocia Stasia, leżał w centralnej części Wielkiego Księstwa. Ale że on z Żelechowa też myśli to samo? Że to Lubelszczyzna? Ktoś musiał wyprowadzić go z błędu. – Czyli południowe Mazowsze – wyraźnie wypowiada słowa pytający.
4.
Patrzę pod lampę. Pełznie ślimak. Jest teraz panem chodnika (choć w tym wypadku kategorie pan i pani nie bardzo pasują). Cielsko ma białe (może pod lampą tylko). Muszla brąz. Jest coś z horroru na tej ścieżce. Pewnie dlatego zaczynam biec. Zresztą muszę zdążyć do metra Służew.
