
Przyjmując jakąkolwiek skalę: przykrości, smutku czy poczucia beznadziei, sądzę, że film o Camille Claudel plasuje się w samej czołówce. Wyszliśmy z niego zmęczeni i przytłoczeni czarnymi myślami. Los Camille jest pozbawiony nadziei i jakoś instynktownie czujemy, że to uderza w nasze bezpieczeństwo. Przecież musi być nadzieja! (Musimy przyjąć, że tragedia Camille jest wyjątkowa, że w pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków, w tym w naszym, nadzieja jednak jest, inaczej się nie da).
Reżyser tak prowadzi opowieść, że nie można nie oburzyć się na religijność Paula Claudela. On nawet chodzi w sposób uduchowiony. On, który przedarł zasłonę i zobaczył prawdę, on, z którym Bóg rozmawia rano i wieczorem, ma w sobie wszystkie cechy religijnego radykała, który tak bardzo chce widzieć Boga, że nie zauważa drugiego człowieka, a ostatecznie ciągle widzi siebie. Spotyka się takich i dziś: wciąż rozmyślają o cudzych grzechach, na wszystko mają proste wyjaśnienia, lubią innym nakładać pokutę. Scena spotkania rodzeństwa jest porażająca: Paul zupełnie nie zauważa, bo nie chce zauważać, dramatu własnej siostry. Ona jest grzeszna (podpowie sobie: opętana) a on jest wybrany.
Dobrze, że w kinie KC nie ma reklam (jedyna jego zaleta!), bo pozostałby w nas dysonans poznawczy: szczęśliwa Juliette Binoche reklamująca bank przed filmem i nieszczęśliwa Juliette Binoche jako Camille, kompletnie załamana i rozedrgana.
Co do formy, przypominał mi – mimo kostiumów – okrutny naturalizm Seidla. Może dlatego, że prawdziwi pacjenci grali prawdziwych pacjentów i przez to jeszcze bardziej było to wstrząsające.
Słowa klucze: wanna, automobil na korbkę, mistral, gotowane kartofle, Don Juan
(2,5/3,0)
