Na marginesie Oscarów:
Pomyślałem o prawdziwszym scenariuszu do „Wałęsy”. Plaża, fale oceanu, hotele z basenami, po brzegu maszeruje otyły, siwy mężczyzna topless z kijkami nordic walking. Podbiega do niego jakaś rodzina, pokazuje palcami, czy zrobi sobie pan z nami zdjęcie. On przystaje, patrzy w obiektyw. (Tutaj: ta scena). Zaczyna się retrospekcja.
To byłby film o przypadku. O małości, która stała się wielkością, by potem na powrót stać się małością. To byłby dramat, nie z supermenami dla wycieczek szkolnych, ale ze zwyczajnymi ludźmi. Wielki film.
(Niezwykle przykro ogląda się te zdjęcia, przynajmniej mi.)
