Czy w poprzedni weekend nie słyszałem wszędzie, że oto zwycięski marsz demokracji rusza na wschód? Że teraz upadnie władyka na Kremlu, że już pierwsze demonstracje w Moskwie i robi się majdan? Czy wszyscy dookoła nie mówili, że wreszcie Ukraina uwolni się od Rosji?
Retoryka – przyznajmy – była antyrosyjska. Kto z polityków jechał do Kijowa od razu powtarzał, że tu już nie ma Rosji. Po cichu zaś nasi znowu śnili swój wielki sen o rozległych stepach. Mój pradziadek też wjechał na białym koniu do Kijowa a kula nawet go nie drasnęła, dziurawiąc nogawkę.
To teraz rachunek sumienia: czy nasz hurraoptymizm nie wpychał Kijowa w coraz bardziej rewolucyjną nieostrożność (lub nieostrożną rewolucyjność)? Tak bardzo to zwycięstwo było projekcją naszych marzeń, że zupełnie zapomnieliśmy, że jest jakieś inne państwo na wschodzie.
Rosja tymczasem nie spała, nasłuchiwała, przyglądała się, pomrukiwała. A potem, w ten weekend, ta niemiłość na Krymie.
