A. się nie spodobało. Narzekała, że „Miłość” była taka świeża i w ogóle, a tutaj jest jakaś powieść i to nie to samo.
Przeczytałem na tylnej okładce, że jest autobiograficzna (w prawdzie w formie a nie w treści), ale od razu zacząłem wyszukiwać podobieństw i różnic z „Widokiem”. Całkiem przyjemna zabawa.
Znowu przypomina mi się Anna Shirley i od razu myślę, że „Dziewczęta i kobiety” mogłyby zastąpić przestarzałego rudego podlotka na liście szkolnych lektur. W końcu np. rozdział o religii świetnie opisuje dylematy, które rozważa się mając naście lat (choć zapewne obrońcy moralności mogliby zechcieć cenzurować pewne fragmenty, udając, że życie jest cnotliwsze od literatury).
No i ten sen aż sobie wypisałem do kolekcji snów: Przyśniło mi się, że ojciec położył na trawie przy wejściu do kuchni najzwyklejszy w świecie kloc drewna i kazał ustawić się Owenowi, matce i mnie w rzędzie, żeby ściąć nam głowy. „Nic nie poczujecie – powiedział tak, jakby to był jedyny powód do obaw. – Za chwilę będzie po wszystkim”. Zachowywał się uprzejmie, spokojnie i rozsądnie, i przekonywał nas znużonym głosem, że wyjdzie nam to tylko na dobre (s. 178).
Cały czas zachwycam się sformułowaniami Munro. Jej połączenia wyrazów są tak niezwykłe, że aż przyjemnie wracać do czytania. Nie możesz się doczekać następnej strony. Koncepty takie zaskakujące.
