Publicystyka (19/02/14)

Przez ostatnie tygodnie Polacy zajmowali się podbijaniem ukraińskiego bębenka. Bez względu na poglądy polityczne wszyscy chcieli wierzyć w pokojowe przemiany. Nawet wczoraj rano, gdy tłum maszerował na parlament a zdjęcia pokazywały podawanie sobie kostki brukowej w celu rzucania nią w milicję, pisano, że demonstracja jest pokojowa. Pokojowa była też przy koktajlach Mołotowa, przy wezwaniach jednej z organizacji do przyniesienia broni. Tak bardzo chcieliśmy wierzyć, że jest pokojowa, żeby nam się stereotypy w głowach nie pomieszały.

Przy transformacji musi istnieć po obu stronach potencjał kompromisu. Nie można chcieć wszystkiego, nie patrząc na konsekwencje i entuzjazm. Jeśli jedna strona ustępuje, oferując amnestię a druga – wycofując się z okupacji budynków, to można zaczynać rozmowę. Nie można natomiast wysuwać kolejnych żądań: jak pójdziemy na parlament, to zmienią konstytucję. Od Europy południowej, przez Amerykę Łacińską i Europę środkową lekcja jest zawsze ta sama: musi być kompromis, nawet jeśli jest on zgniły. Kompromis albo konfrontacja.

Konfrontacyjne podejście ze strony opozycji („pokojowa” demonstracja) było dla władzy doskonałym casus belli. Jeśli ktoś cię cegłówką, oddajesz z broni ostrej. Konfrontacja albo kompromis (tertium non datur).

Zastanawia mnie tylko pierwsze zdanie. Jak można było tak bezrozumnie i nierozsądnie wzbudzać entuzjazm u kijowian i opowiadać, że to już, że zwycięstwo jest na sąsiedniej ulicy? Wparowaliśmy ze swoimi antyrosyjskimi mrzonkami, wtedy kiedy trzeba było studzić rozpalone głowy.

(Siedzę z przyjaciółmi nad makaronem i obserwuję czerwony ekran w rogu. Pali się Kijów.)

Dodaj komentarz