Marcel Proust, W stronę Swanna, MG 2013 (odc. 2)

 

W sobotę zacząłem sobie przypominać te wszystkie głupie rzeczy, których mogłem dokonać jedynie dlatego, że coś mi się zdawało. Odeta nie przychodzi, Odeta spotyka się z innym, Odeta spojrzała na mnie krzywo, przecież Odeta nie wie nawet, że istnieję. (Tak, lektura dziennika autora bloga z czasów liceum może być pouczająca).

Znowuż Proust pokazuje mechanizm, a ja odnajduję w nim siebie. Historia choroby, której objawy podobne co najmniej do końca XX wieku. (Przypuszczam, że obecnie – w dobie szybkiej informacji – choroba owa mogła zmutować, przebieg ma też gwałtowniejszy.) Być może „Miłość Swanna” dziś już jest nie do zrozumienia.

Ze wszystkich sposobów powstawania miłości, ze wszystkich czynników udzielania się tej wielkiej choroby jednym z najskuteczniejszych  jest z pewnością ów silny podmuch niepokoju, który czasem powieje na nasa. Wówczas los jest rzucony: pokochamy istotę, z którą czujemy się dobrze w tej chwili. Nie potrzeba nawet, aby się nam dotąd podobała bardziej od innych lub nawet tyle co inne. Trzeba było tylko, aby nasz pociąg do niej stał się wyłączny. A ten warunek spełnia się, kiedy – w chwili gdy nam tej istoty zabrakło – w miejsce poszukiwania przyjemności, którą nam dawał jej urok, zjawiła się w nas nagle trwożna potrzeba mająca za przedmiot samą tę istotę (…) szalona i bolesna potrzeba posiadania (s. 270).

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s