W przeglądzie prasy katolickiej (jak zwykle w Ś.) dominuje zazdrość. Zazdrość, że papież tak, a Kościół lokalny – nie, a przecież to to samo, nic się nie zmieniło. Gdyby katoliccy redaktorzy czytali antyklerykalne wypociny na forach, dajmy na to, w Tok fm, odkryliby zaskakującą zbieżność. Najzagorzalsi krytycy twierdzą to samo: nic się nie zmieniło.
Zarówno oni, jak i zazdrosna (oraz ufająca mądrości polskich biskupów) prasa katolicka, nie potrafią dojrzeć różnicy. Tego, czym Franciszek zaskakuje od początku. Apele o tańsze samochody, znoszenie kościelnej tytulatury (sny o prałacie prysły jak bańka), pierwsza wizyta na Lampedusie, porzucenie pałacu – to wszystko nie śniło się hierarchom lokalnego Kościoła. Nic się nie zmieniło? Znajdujemy u Franciszka to, czego od lat nie widać u Michalików, Dzięgów i im podobnych. Pokora zamiast pychy.
A słowa? Można o tym samym mówić w zupełnie różny sposób. Można piętnować, opowiadać o bruzdach, zamykać się w oblężonej twierdzy i wyszukiwać dokoła wrogów. Można też prosić o modlitwę, opowiadać o prawdziwych problemach, udzielać porad i z miłością zwracać się do osób, z którymi nam nie po drodze. Dwa style: papież tak, a Kościół lokalny – nie.
Papież proponuje nam chrześcijaństwo, polscy biskupi – schorowaną wyobraźnię i nieufność. Tu tkwi różnica, zupełnie niezrozumiała dla katolickiej prasy podzielającej biskupią wizję i nakręcającej lęki.
