CHÓR CHŁOPIĘCY:
Podjeżdżają na podwórzec lanciami w zaprzęgach
podsekretarze stanu, sekretarze stanu, nadsekretarze stanu,
następni.
Wiodą orszak korytarzem dyrektorzy, po salach poloneza,
każdy prezent niesie: ten zestaw do czyszczenia kominka,
ten kopię Grottgera.
NARRATOR:
Był to urzędniczy pomnik, kobieta starsza niż urząd, wszyscy się jej bali, chodzili na paluszkach, klamek dotykali leciusieńko, żeby szelest najmniejszy jej nie uraził. Traf chciał, że tej zimy poszła na emeryturę. Och, co to się działo? Zamieszanie jakie. Mówili wszyscy o tym od dawna, ale każdy bał się powiedzieć, że to w końcu nastąpi, że zza drzwi wyjdzie, pamiątki z wyjazdów służbowych do kuferka spakuje i już nie wróci.
Co zrobić? Zastanawiali się urzędnicy po pokojach, bo wyobrazić sobie świata bez niej nie mogli. Najpierw zaczęli zbierać pieniądze na prezenty. Każdy zbierał, w każdym wydziale, sekcji, departamencie, każdej instytucji podległej i nadzorowanej, zakładzie budżetowym, jednostce budżetowej. Każdy chciał coś jej dać, pamiątkę jakąś, wdzięczność wyrazić za te lata pracy, że była i siedziała, kawę piła. Taka postać! Jakie bez niej życie?
Kiedy odmówił udziału, poczuł, że zimny wzrok sumiennej urzędniczki organizującej zbiórkę na jego pietrze przeszywa go od stóp do głów. Na pożegnanie mieli iść parami: z przodu dyrektor, potem zastępcy, każdy w hierarchii od naczelnika do podreferendarza, na końcu karawanę zamykać mieli liczni tego roku stażyści. Nadszedł ów dzień. Można było poznać po bieli i czerni królującej na korytarzach. Wszyscy od rana jacyś niespokojni, nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. To już? Tak, to już. Dzisiaj. Po gmachu unosił się zapach świeżych kwiatów. Nie szedł, więc mógł sobie tylko wyobrażać jak to wygląda, ta wspaniałość.
Punktualnie o piętnastej nie było nikogo. Wszyscy poszli, snuł się więc po korytarzach, sam się dziwiąc, czemu go tam nie ma. Czemu nie chce oglądać takiej ciekawostki, którą, wszyscy poza nim, traktowali poważnie. Tymczasem w sali kominkowej nazbierało się gości. Wielkie słowa skakały po nielicznych urzędniczych meblach, biurkach i kredensikach na filiżanki do kawy. Każdy chciał coś wzruszającego rzec, choć głos się łamał w gardle. Bez ciebie, to już nie to samo ten urząd, tyś jego sercem. Ona wzruszała się przyjmując zupełnie zasłużone hołdy, różowiła się od pocałunków i uścisków, ustawiała na biureczku kolejne kosze kwiatów i słodyczy, narzędzia do czyszczenia kominka, dzieła sztuki pięknej i użytkowej.
Na koniec był koncert w teatrze. Teatr wybrała nieprzypadkowo, scena – jako najbardziej utytułowana – pasowała do uroczystej ceremonii. Ponoć był kawior i koreczki z malutkimi ślimaczkami, ptysie w pięciu kolorach i małe bułeczki smarowane masłem orzechowym. Tyle wszystkiego, taka uroczystość. I nic za to nie zapłaciło państwo – ktoś mu opowiadał następnego dnia – sami tylko anonimowi ofiarodawcy.
Nazajutrz w gabinecie na sztalugach ustawiono księgę. Przypominała trochę księgę kondolencyjną, ale była to księga życzeń. Wpisać miał się każdy, więc się nie wpisał. Chichotał myśląc o tych urzędniczych zwyczajach, o solennych darach i maskaradach, tylko dlatego, że jakaś urzędniczka przechodzi na emeryturę.
(Wszystkie osoby i wydarzenia są tutaj fikcyjne, bo przecież to niemożliwe, żeby takie rzeczy działy się w urzędzie centralnym w środku Europy w drugiej dekadzie XXI wieku).
