Autobusem dojechał tylko do Powązek. Naprzeciw ta, co zwykle, nieodgadniona z porannego kursu. Wybiegł, nieco ponad kwadrans było po ósmej. Tramwaj w kierunku przeciwnym wydawał się pusty i ludziom we włosach szeleściło słońce. Zakupił ślimaki (taki dziennikowy lejtmotyw),wracając do domu.
Ktoś o posturze i fizjonomii Josifa Brodskiego ciągnął wózki na Wolumen. Obserwował go na czerwonym.
Siedem. Kupić mieczyki. Może jutro.
Śni mi się, że usiłuję wsiąść do autobusu. Na podłodze, w środku skacze dziewczynka w różowym swetrze na białej, gumowej kuli. Zarówno dziecko jak i kula bardzo szybko maleją. Nie ma dziewczynki, jest niemowlę. Drogę do środka zagradzają wózki inwalidzkie. Postanawiam nie wsiadać (budzę się wcześnie rano.)
