Piątek
Piliśmy pierwszego wieczoru wino. Ponoć niedawno spadł śnieg, ale już go nie było. W pokoju z oknem na nocne miasto. Powoli od small talku przechodziliśmy do rozmów. W kolejne wieczory też piliśmy. I było nam dobrze.
Sobota
Miasto pachniało inaczej. Gubiliśmy się pomiędzy rzędami kamieniczek o nierównych oknach. W oknach koty. Mają na szyjach dzwonki. W pustym muzeum tylko dzieci. W ich dziewiętnastowiecznych portretach zdziwienie, gdy malarz na plaży każe im patrzeć prosto, z nadzieją, w pierwsze dziesięciolecie nowego wieku. Bliźniaczki.
Morze znajdowało się na końcu autostrady. Uwiódł nas krajobraz linii równoległych do horyzontu, linii prostopadłych.
Niedziela
Fajka nie jest fajką. Miasto nie jest miastem. Nie znaleźliśmy „Rzezi niewiniątek”, choć tak bardzo chciałem. Tylko Ikar spadł prawą nogą.
Poniedziałek
Wybiegli z bocznej uliczki na Sablonie. Smarkacze. Ona zarumieniona zapina guziki w spodniach. On jej zapach zagłusza zapachem papierosów. Poprawieni, grzeczni, z plecakami wzorowo idą teraz ku Pałacowi Sprawiedliwości.
Wtorek
W knajpce na rogu obsługiwał garbaty Marokańczyk. Poprosiłeś o marchewkę a on wybiegał po tarkę ikei, chwytał marchew i po kilku minutach podawał sałatkę.
Księżniczki na kolację jedzą profiterolki w dziesięciu kolorach o dziesięciu smakach. Jesteśmy pomiędzy nimi bardzo zabawni, próbujemy wina. Nawet cukier jest w kolorach flagi.
Tramwaj toczy się przez ospałe dzielnice. Pan z wąsami to Polak, obok Matka Kongijka.
Środa
Jest w Charleroi szaleństwo wiaduktów, tramwajów, ulic dumnie sterczących na pustkowiach dokoła dworca. Marzniemy przez wiatr, który po nich hula. Autobus nie nadjeżdża. Ściskamy walizkę.
