Styczniowe (odc. 1)

Jeśli ktoś mógłby nam wytłumaczyć naszą epokę to jest to Vaclav Havel. W jego przenikliwych esejach („Zmieniać świat”) odnajduję odpowiedzi na pytania, które nader często zadaję sobie.

Kluczowa jest kwestia sumienia. Havel charakteryzuje rządy komunistyczne jako rządy, gdzie sumienie zastąpiła oficjalna ideologia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzisiejsze rządy, którymi gardzę, również uchylają się od sumienia i odpowiedzialności, stając się rządami dla samych rządów.

Nadal nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że jedynym autentycznym kośćcem wszystkich naszych uczynków – jeśli mają być moralne – jest odpowiedzialność. Odpowiedzialność wobec czegoś wyższego niż moja rodzina, mój kraj, moje przedsiębiorstwo, moja korzyść. Odpowiedzialność wobec ładu bytu, w którym wszystkie nasze uczynki są trwale zapisywane, a następnie poddane wyłącznie sprawiedliwej ocenie (s. 57).

Havel odrzuca przy tym makiaweliczne wymogi polityki, twierdząc – zgadzam się z nim całkowicie – że polityka bez moralności degeneruje się. To, że władza zaczęła być kiepskim teatrem a nie kwestią odpowiedzialności za innych i za państwo powoduje niezwykle groźny kryzys demokracji.

Głównym źródłem zastrzeżeń wydaje się to, co w oczach wielu społeczeństw postrzegane jest jako nieodłączny produkt czy też zjawisko towarzyszące tym [zachodnim] wartościom: relatywizm moralny, materializm, negacja jakiejkolwiek duchowości, dumna pogarda wobec wszystkiego, co uniwersalne, absolutny kryzys autorytetów i wypływający z niego powszechny rozkład, zachłanny konsumpcjonizm i brak solidarności, egoistyczny kult indywidualnego czy zespołowego sukcesu, brak wiary w wyższy porządek rzeczy czy po prostu w wieczność, ekspansjonizm gardzący wszystkim, co się opiera bezduszności i racjonalizmowi współczesnej cywilizacji technicznej (s. 104).

Byliśmy neofitami wolności – piszę w imieniu swoim jako działacza pewnej organizacji, która chciała zmienić świat. Naiwnie jak opisywane w pierwszym eseju organizacje pokojowe z czasów zimnej wojny, wyznawaliśmy religię praw człowieka. Religia, która pozbawiona jakichś ram, staje się pułapką.

Ten nowoczesny antropocentryzm w sposób absolutnie prawomocny doprowadził w końcu do tego, ż z obrazu świata zaczął znikać i ten, kto ponoć człowieka wyposażył w jego niezbywalne prawa: był do tego stopnia nieuchwytny przez nowożytną naukę, że stopniowo był odsuwany w sferę swego rodzaju prywatności, o ile nie wprost w sferę prywatnych kaprysów – tak zwanych osobistych przekonań – a zatem gdzieś, gdzie już nie obowiązuje publiczna gwarancja. Istnienie wyższego niż człowiek autorytetu zaczęło po prostu przeszkadzać rozwojowi ludzkości (…) Wydaje się, że swoją wolność człowiek może zrealizować tylko wtedy, kiedy nie zapomni, kto mu ją dał (ss. 96.99).

I krótka glosa do obecnego podważania własnej kultury przez Europejczyków (to, co rzuciło nam się w oczy Chinach: szacunek do wyznawanych wartości, do siebie):

Wielu współczesnych Europejczyków i Amerykanów boleśnie odczuwa fakt, że euro-amerykańska cywilizacja zniszczyła niezależność pozaeuropejskich kultur. Winią się za to i odczuwają potrzebę naprawienia tej winy poprzez okazywanie innym swego rodzaju współczucia, podporządkowywanie się im, swoiste deprecjonowanie swojej pozycji, pragnienie udzielania im takiej czy innej „pomocy”. Jest to moim zdaniem fałszywa droga, która może prowadzić tylko do dalszych nieszczęść (s. 89).

Coraz to odnajduję wątki, które poruszają, chociażby kwestia kibiców jako wzorowych patriotów, eksploatowana w Polsce do absurdu. Niesamowicie mądrze mówi Vaclav Havel, a w Polsce nikt nie miałby odwagi tak tego sformułować, bo „Bóg, honor, ojczyzna”:

Skoro wszędzie krzyczą „Wygraliśmy!”, to czy nie oznacza to, że ci ludzie przywłaszczają sobie czyjeś osiągnięcie, żeby w tej wygranej bezprawnie szukać potwierdzenia własnej wyjątkowości? Kto właściwie wygrał – „my” wszyscy, a więc przede wszystkim ci, którzy krzyczą na ulicach, czy też zawodnicy, którzy reprezentowali Republikę Czeską? Czy jest to szczera i rzeczywista radość z sukcesu naszych współobywateli rozsławiających ten kraj, czy może dla wielu ludzi to tylko okazja do podsycania iluzji a swój własny temat? Czy to masowe świętowanie nie jest tylko wyrazem niechęci do ponoszenia osobistej odpowiedzialności za świat i potrzeby rozpłynięcia się w kolektywie tłumu z jego zbiorową dumą i zbiorowym brakiem odpowiedzialności? (s. 182)

A jaką trzeba mieć odwagę, by w 1990 r., wobec prezydenta Niemiec mówić to, co Polakom przez ostatnie dwadzieścia cztery lata z trudem przechodzi przez usta:

Zła wola, ślepe posłuszeństwo czy obojętność na krzywdę bliźniego – wszystko to cechy ludzi, a nie narodów. Czyż sami nie znaliśmy dostatecznie wielu złych Czechów i Słowaków? Czy wśród nas nie było wielu donosicieli gestapo, a potem bezpieki? Czy w nas samych nie było dużo obojętności i egoizmu, kiedy przez dziesiątki lat pozwalaliśmy pustoszyć nasz kraj i milczeliśmy w tej sprawie, tylko dlatego, żeby nie stracić premii czy świętego spokoju przed ekranem telewizora? (s. 234)

*

Za jednego takiego kogoś jak Havel (czy jest jeszcze ktoś taki w dzisiejszej mierności?), warto by wymienić i ze trzy tuziny polskich polityków różnej maści. (Przez wzgląd osobisty to piszę. Męczą mnie wymioty na widok ich twarzy, na bezwartościowość ich słów, niezależnie czy oni z opozycji, czy też ministrami.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s