Podchoinkowe (odc. 5)

Miał ochotę na Wielkie Czytanie. Przestał kupować tygodniki, zrozumiawszy, że jest za mało czasu na czytanie błahostek, podczas gdy potrzeba wielkości. Pojął to, gdy zabrał się za „Pożegnanie jesieni”, które niespodziewanie otrzymał w Boże Narodzenie. Nie wiedział jeszcze wtedy, że odróżni Wielkie Czytanie od czytania małego. I że właśnie gdzieś koło setnej strony, w autobusie linii sto osiemdziesiąt dozna tego objawienia.

Miał trudności z przebijaniem się przez język. Zrozumiał potem, że musiał pokonać tę granicę, które oddzielała małe (takie, które potrafił przejrzeć w kilka sekund i przełożyć kartkę) od Wielkiego, wymagającego rozkoszowania się formą, powtarzania fraz, zastanawiania się.

Doskonale się „Pożegnanie jesieni” wpasowało w jego przeczucia o krańcu cywilizacji (o tym, o czym jeszcze chce oddzielnie napisać), tak jakby S. I. W. opisywał dwudziesty pierwszy wiek, ten sam schyłek wszelkiej aksjologii, poszukiwanie czystej przyjemności, ludzi bez ludzkości. Czytał teraz bez opamiętania, nawet wolał nie pisać. Jak wielu Atanazych, a ilu Łohoyskich krąży w przekonaniu o własnej wyższości, racząc się coco i męską, „wyższą” przyjaźnią?

Tak: lubieżnie. To słowo, wielokroć powtarzane w „Pożegnaniu jesieni”*, najlepiej wyrażało jego stosunek do powieści. Pochłaniał lubieżnie stronę za stroną, w zachwycie, wychodząc z autobusu na miasto pachnące mrozem i motłochem.

Wielkie Czytanie ogarnęło go zupełnie.

* Jak choćby w tej doskonałej formie frazy: Jagniesia, zarzuciwszy kożuch na nagie ciało, biegła pierwsza, aż jej prześliczne zresztą piersi lubieżnie mlaskały, zmęczone pieszczotami księcia.

Dodaj komentarz