Notatki osobiste

(Całą jesień próbowałem opisać uczucia. Może nie powinno się pisać za dużo? H. powiedziałaby, że to ekshibicjonizm. Kiedyś napiszę powieść, kiedy już wszystko będzie przeszłość.)

Życie H. skończyło się we wrześniowy, słoneczny poranek. Stał oblepiony współczującą rodziną, zapłakaną i powtarzającą zaklęcia, że wszystko będzie dobrze. Ale on już wiedział, że to jest koniec i że dobrze już nigdy nie będzie. Nie będzie nigdy wspólnych, słonecznych poranków, rzodkiewek na śniadania i jej czekającej aż wróci ze sklepu z listą zakupów wedle starannie wypisanej karteczki. To nic, że zawsze śmiał się przy życzeniach mówiąc, że planuje sto lat. Sto lat miało być razem, innej wersji nie przewidywał.

A ona przecież odeszła w tym ostatnim momencie, kiedy mogła jeszcze decydować o sobie. Po prostu spokojnie odejść, a nie stać się warzywem z odleżynami na szpitalnym łóżku ani nieświadomym organizmem żywym w pieluchomajtkach.

Na pogrzeb cioci na Unickiej, tak, tak, w tym samym miejscu, nie zabrali go. Był jeszcze za mały. Chodził po osiedlu z babcią i wpatrywał się w asfalt. Po raz kolejny ćwiczył empatię, przenosząc glisty (wszyscy mówili glisty, nikt – dżdżownice) z kałuż na trawnik. Padało coraz bardziej i coraz więcej glist było do ratowania. Może jednak źle, że go nie zabrali? Parę tygodni później w R. oświadczył przy sąsiadce, że „ciocia zdechła”. Zrobiła się straszna awantura z przepraszaniem sąsiadki włącznie. Ciężko było wtedy zrozumieć, że ratowanie glist od śmierci jest czymś jakościowo różnym od ratowania ludzi.

„O masz ci los” powiedział T. odbierając telefon ze szpitala.

Cioci prawie nie pamiętam. To znaczy: pamiętam ją z porcelanowego zdjęcia na tablicy nagrobnej, które przedstawiało jej matkę. (Tablica leży teraz jako tymczasowa płyta na tymczasowym nagrobku, tym na Unickiej). Nie mogłem się nadziwić. Ciocia na zdjęciu była ładną przystojną kobietą a ja zapamiętałem ją jako niedołężną staruszkę, dokładnie taką jak prababcia na zdjęciu. Ciocia była dobra. Ciocia mieszkała na ulicy 1 Maja, która teraz jest ulicą 3 Maja. Ciocia miała żółtaczkę, a mi żółtaczka kojarzyła się z żółtkiem. I semafory: za każdym razem wyprawa do cioci była fascynująca – ulica prowadziła wzdłuż torów. Semafory. Jest listopadowy wieczór i wypatruję pociągów z okna małego fiata.

Zastanawiało mnie, czy pradziadkowie z rozmysłem wybrali te trzy imiona. Henryk, Stanisław i Teodozja. Odkryłem to nagle. Z trzech różnych kultur i trzech różnych brzmień. Teodozja podoba mi się najbardziej. Teodozja z Unickiej.

Dziadek zawsze bardziej milczał.  To Babcia mówiła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s