(Nasz piąty, i ostatni, festiwalowy wieczór. Na deser film najcięższy i filmowo najlepszy. Pustka w „Lunie” wypełniona. Znajomo na widowni.)
Wyrosłem z czasów, w których uwierzyłbym, że dla jakiejś, może i pięknej idei, warto czynić zło. Nie warto więc wysadzić się w restauracji pełnej dzieci tylko dlatego, że Palestyna jest ojczyzną, że czujesz się uciskany i niewolny. Jeśli twoja religia namawia cię do tego kroku, to albo oznacza, że ją wypaczasz albo że czas zmienić religię.
„Zamach” jest filmem o węźle gordyjskim. On, uznany lekarz należący do medycznej elity Izraela, ona, jego żona, klasa średnia, kultura aperitifu, dobre książki na tarasie domku w ładnej dzielnicy Tel Awiwu, wysadzająca się w powietrze (zabitych 17 osób, w tym 11 dzieci).
Co on ma zrobić? W Nablusie jest obcym, kolaborantem. W Tel Awiwie jest już obcym, mężem terrorystki. Bardzo dużo pytań zawiera ten film. Bardzo dużo przemyśleń.
Perfekcyjne są dialogi. Ten między nim a przesłuchującym go prokuratorem, ten między nim a terrorystycznym guru w postaci prawosławnego księdza. Narastający dramat, którego nie da się uniknąć. Zdradzić rodzinę czy przybraną ojczyznę. Sarkastycznie brzmi jego przemowa z początku filmu o tym, że można żyć razem.
Film jest izraelski, reżyseria (napisy też) arabska. Odczytuję go bardziej jednak jako argument na rzecz Izraela. Te obrazy z Nablusu bardziej niż niepokojące, ta agresja w słowach, dziedziczona nienawiść. Szejkowie wołający o zniszczenie okupanta.
Słowa klucze: kremowy mercedes, kaseta video.
(5,0/4,5)
