
(„Muranów” w sobotni wieczór. Na sali całkiem spory tłumek. Jesień wyjątkowo – dzisiaj – przyjemna.)
„W drodze” jest, w sensie geograficznym, opowieścią o mojej wymarzonej podróży po Ameryce. Pewną trudność sprawia mi jedynie to, że ta Ameryka już nie istnieje, bo zniknęła dziesięciolecia temu. Ameryka samochodów mknących po bezkresnych drogach, jazzu w nowojorskich klubach i zdjęć Walkera Evansa, Diane Arbus i Wee Gee’go. (Te zdjęcia wracają w kadrach: podświadomie w tym filmie odnajduję oglądane kiedyś fotografie).
Film pod względem formy jest zrealizowany świetnie. Poczynając od wspomnianych kadrów, budzących tęsknotę amerykańskich krajobrazów, hipnotyzującej muzyki, po szczegółowe odtworzenie ubrań, miejsc i sprzętów.
Niestety każdy z trojga głównych bohaterów, a zwłaszcza Marylou, grana przez Kristen Stewart, jest drewniany. Kristen szczególnie blado wypada, gdy porównać ją z Kirsten (Dunst).
Film o pisarzu i pisaniu, jak u E.S. – o życiopisaniu. Papierosy i maszyna do pisania, ciepły jesienny kolor Nowego Jorku. Życie staje się narracją. Wszystko jest poezja.
Słowa klucze: benzedryna, benzynowa stacja, dezynteria, „Musimy obniżyć koszty utrzymania” (prezydent Truman)
(3,5/3,5)
