Na „Raj: Miłość” Ulricha Seidla czekałem już od depesz z Cannes. Poczekałem nieco dłużej, bo Chiny, ale się nie zawiodłem. Po raz kolejny, tak było też w przypadku „Import/Export”, film uwodzi swoim naturalizmem. Dla wrażliwego widza może przez to wydać się w pewnych momentach obrzydliwy lub odrażający.
Precyzja zdjęć. Z powodzeniem fotosy z filmu można byłoby wydać w albumie „Raj: Miłość” i nawet bez scenariusza docenić ich fenomenalne ujęcia. Choćby pierwsza i ostatnia scena, obie perfekcyjne. (Mój zachwyt może być niepodzielany, ale pragnę przypomnieć, jak wysoko w hierarchii fotografów jest u mnie Nan Goldin.)
O Teresie, głównej bohaterce, Seidel opowiada z sympatią. Wiem, że stoi za filmem cały postkolonializm i parę innych teorii, które można studiować w Instytucie Studiów Zaawansowanych, niemniej od początku bliżej nam (mi) do Teresy (jej poszukiwanie prawdziwej miłości to przecież europejski mit) niż do naciągaczy z Kenii. Swoją drogą, po raz kolejny, można zaobserwować czym jest turystyka masowa (te śpiewy na powitanie, te zajęcia z kaowcem, aaa…).
Słowa klucze: moskitiera, małpka, piersi, prezent urodzinowy
(3,5/4,5)
