Są takie książki (wiecie zresztą o tym, bo, rzadko to rzadko, ale o nich piszę; w końcu nie ma ich aż tak dużo), podczas czytania których ogarnia cię euforia. Pierwszych parę zdań sprawia, że już cię wzięło. Już noc masz zarwaną albo przystanek przegapisz.
Tak właśnie mam, zawsze zresztą miałem, z Pilchem. Frazy jego tak cudowne bywają, że chcesz je zanotować, podkreślić, choćby nalepką zaznaczyć. (Nie zmienia to faktu, że rzekomy „Dziennik” jest zbiorowym wydaniem rubryki ukazującej się w „Przekroju”, którego obecnie nie czytam. Niemniej dopiero jako całość „Dziennik” lśni. Lśnią futbolowe zachwyty, opisy wydarzeń i charakterystyki książek a nade wszystko lśni spór z Panem Bogiem).
Żyję w mieście, po którym – swoimi drogami w okolicach Hożej – stąpa Pilch. I jest to konstatacja optymistyczna.

1 Comment