Chodząc po mieście na literkę B. niełatwo nie zarazić się Kongiem.
Wciąż obecne w sklepach z antykami, w masie pocztówek na targu staroci, w ozdobach budynków: czarne półnagie kobiety trzymają nad głowami latarnie.
W jakimś małym, pustawym osiedlowym kościółku na Ixelles niedzielną mszę odprawiał czarnoskóry ksiądz. Proboszcz przedstawił go jako Kongijczyka. Po mszy każdy dopytywał się skąd dokładnie. Tak jakby Kongo to były sąsiedzkie ulice w B.
Nie wiem jak jest w innych dawnych metropoliach, ale mówiąc o Kongu, Belgowie rozmawiają tak jak Polacy o Lwowie a Węgrzy o Pozsony. Mit arkadyjski.
Hochschild w „Duchu króla Leopolda” (wyrazy uznania dla tłumacza) ten mit dekonstruuje. Wyciąga zza kotary poobcinane dłonie kongijskich niewolników króla Belgów, zasuszone głowy nabite na płoty belgijskich zarządców kolonii, dokumentuje cały podstęp Leopolda, grającego poczciwego i dobrotliwego opiekuna ludzkości.
Miasto na literkę B. z tego kłamstwa.

1 Comment