Miedzianka i inne byty nieistniejące

Czytało się długo, ale to nie wina książki, tylko czytelnika, który uczy się na nowo czytać i to z przyjemnością.

Pasjonująca opowieść o nieistnieniu. Jest kawałek lasu, łąka, a przecież rynek był i apteka, i dwa kościoły. Wyobrażam sobie taką ładną górską miejscowość i pelargonie w oknach. Przecież nie ma.

Wyobrażam sobie też ulicę Szeroką w Lu. Rząd dwupiętrowych kamienic, które ciągną się aż gdzieś pod Czwartek. I też nie ma. To są zniknięcia masowe. A co jeszcze powiedzieć o kinach, w których się oglądało pierwsze filmy (nie ma), o pasmanterii, gdzieś na osiedlu Szymanowskiego – właśnie usiłuje sobie wyjaśnić, w którym przejściu była, bo to, że była to pewne (nie ma), o sklepach i ich zapachu (nie ma, nie ma). Nie mówiąc już o zniknięciach widoków (jak ten na las z osiedla Widok, nie ma).

Żeby być w temacie książki, to na starym zdjęciu kilkuletni autor bloga w koszulce w różnych odcieniach brązu maszeruje ulicą, która łączy Zabobrze z centrum Jeleniej Góry. Jakie to było egzotyczne wtedy i ten Dolny Śląsk jak z innej, niewyżynnej baśni, i wuj Roman (nie ma), i kominy Celwiskozy (nie ma).

Jakbym przeczytał za szybko, byłoby mi bardziej smutno, a tak się przyzwyczaiłem do nieistnienia.

Dodaj komentarz