Miałem napisać, że w Lu. muffinki są jednak kobietami (a w Wa. same muffiny).
Miałem napisać, że śnił mi się prezydent Ahmedinejad jak w garniturze i z monstrancją prowadził procesję eucharystyczną dokoła kościoła św. Rodziny w Lu.
Miałem napisać, że śniła mi się też Siena, która była Wenecją i leżała w Chinach, a na małych wysepkach o promieniu pokrywy do studzienki mieszkały samotne koty. Przyszła zima i na jednej z tych wysepek w zaspie zniknęła moja senna kotka. Jej sąsiedzi dzielnie odkopali ją ze śniegu, żywą i senną.
Miałem napisać, że powinno mnie cieszyć, to co robię, ale mnie zupełnie nie cieszy.
Miałem napisać, że najlepiej mi z alkoholi smakuje ciemne piwo, bo kojarzy się ze spotkaniami z H., M. i R., więc działa jak neospasmina. Ach, dobrze było w Ś. po nie sięgnąć.
Miałem napisać, po raz kolejny, że w Garwolinie w McDonaldzie jest życie.
Miałem napisać, że podszedł do mnie menel, mówiąc: Jestem polskim menelem, szczerze pana proszę i dostał dwa złote.
Miałem napisać, że nie odbieram zamówionych książek, bo boję się, że pozostaną nieprzeczytane, tak jak te spod lampki.
Miałem napisać, że którejś niedzieli lazania się udała i crema catalana, i siedzieliśmy razem z A., i z J., R., M. oraz K. i P. i byłem szczęśliwy, nawet jak znowu przegrałem.
Miałem napisać, że nie chce mi się jeździć do Lu., choć mi go brakuje.
Miałem napisać, że obejrzałem ten izraelski filmik z atomowa bombą i się naprawdę bałem.
Miałem napisać, że fotografowanie kina „Kosmos” było wyjątkowo przykre, bo to jakby nagle żegnać znajome miejsca, które nieznajome.
Miałem napisać, że pysk na jedno umycie (H., M. i R. wiedzą o co chodzi).
Miałem napisać, że przestałem czytać również gazety i kompletnie mnie nie obchodzi co z tą Polską.
Miałem napisać, że nigdy nie będę wybitnym blogerem. Ale to chyba wiadomo. Amen.
