
W kategorii „film najsmutniejszy”, po „Przytul mnie” żółtą koszulkę lidera przejmuje „Obca”. Próbuję się jakoś rozbawić już od dobrych dwóch godzin, ale przez myśl nie przechodzi. Nawet ksiądz w autobusie i dziewczynka o wielkich oczach – nic.
„Obca” jest w formie monodramu i Sibel Kekilli w roli Umay jest wielka: przejmująca, wzruszająca, prawdziwa, piękna. Jest też „Obca” opowieścią o matczynej miłości, takiej do końca (ale czy dorosły Cem nie zdradziłby matki, stając się kolejnym mężczyzną, który uderza ją w twarz?). Nie możesz o niej, po niej mówić, bo za dużo myśli skotłowanych: chyba od „Alchemii” doszliśmy, przez Kanonię, już pod zamek, gdy wreszcie udało nam się jakieś słowa wypowiedzieć.
Jest wreszcie „Obca” filmem o honorze. Kolejnym pojęciu ze sławionej triady: po Bogu, który jest naszym własnym bogiem i – na nasz obraz i podobieństwo – wspiera nasze maluczkie wendetty oraz po ojczyźnie, w której imię czasem warto zarżnąć i sąsiadów. Honor to rzecz męska. Honor jest hormonem. Nikt go nigdy nie widział, ale każdy go czuje. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor. Dlatego Umay powinna zginąć.
(Autor słów powyższych, przekraczając Dniestr, przynajmniej nie brał ich na poważnie.)
(4,5/5,0)
