Są takie momenty, kiedy się z A. różnimy, nawet jeśli chodzi o kino. (Albo inaczej: są takie momenty, kiedy się z A. zgadzamy, także jeśli chodzi o kino.) Po romantycznym (we dwoje!) pokazie „Lollipop Monster” autor bloga już chciał napisać, że to portret jeszcze nienazwanego pokolenia nastolatków, tych, co lubią chodzić na czarno i żyletkami zdobić sobie ręce. Portret pokolenia rozpieszczonego (och, jak to rozpieszczenie świetnie pokazywali rodzice Ari i Jonasa, i to do ostatnich, zaskakujących kadrów), które za kilkadziesiąt lat będzie naszymi geriatrami. A. natomiast uznała, że „nic odkrywczego” i że w sumie to było zmarnowane 97 minut.
Rzeczywiście, bardzo podobny scenariusz był w „Run Sister Run!”, ale niemiecki film, mimo tego, mnie zaskakiwał. Przede wszystkim formą: łączeniem animacji, teledysku, komórkowych filmików i filmu. I tym, że nie jest oczywisty. „Run Sister Run!” był filmem o pokuszeniu i łatwo było zidentyfikować kuszącą i kuszoną. W „Lollipop Monster” zło jest bardziej zewnętrzne, kryje się w tym świecie, który dla mnie wyglądał jak po duchowej apokalipsie.
Parafrazując nieznanego widza z piątku: Za Sarah Horvath daję pół punktu więcej!
(2,0/3,5)
