(Nie lubię festiwali. Ten tłum w kolejce zawzięcie dyskutujący o kinie, podczas gdy przez cały rok nawet nie zajrzy do repertuaru.
W dodatku jama ustna A. najpierw spotkała się z dentystką, a do kina poszliśmy, gdy znieczulenie ustało. Siedzieliśmy więc oboje: A. zbolała, ja z wyrzutami sumienia, że zamiast z pyralginem to przed ekranem).
„Viking” rozmywa romantyczną wizję przedmieść Buenos Aires, pełnych uroczych marynarskich spelunek, gdzie tańczy się tango. Niestety, mimo że perspektywa jest ciekawa, warsztatowo jest filmem amatorskim (może to też kwestia, że, zdaje się, kręcony jest i wyświetlany cyfrowo). Strasznie mnie to męczyło (a obok obolała A.)
(2,0/1,5)
„Berlin, Boxhagener Platz” (widzowie na skraju wyczerpania) przypominał mi serial „Dom”. Tutaj, żadnych zastrzeżeń do poziomu filmu, wszystko w niemieckim Ordnungu, tylko czegoś brak. Nie zachwyca.
(4,5/4,0)
