(A jednak. Parę godzin różnicy i tym razem sala numer jeden.)
Świetne zdjęcia, świetna muzyka, ale wydawało mi się, że – przeciwnie niż w „Ja, Don Giovanni” – tym razem to aktorzy są tylko atrapami. Główny bohater przypominał mi do złudzenia młodego di Caprio, w głównej bohaterce widziałem Nelly Rokitę. A. twierdzi, że to z głodu (ale przecież Rokity bym nie tknął.)
(Kiedy szepnąłem do A., że to gniot, popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem i stwierdziła, że jej się podobało. Co gorsza, w domu okazało się, że indyk zupełnie nie wyszedł. Nie będę szeptał, że to dopiero gniot.)
(4,0/2,0)
