Numer 28: „Buddenbrookowie” (albo: Obejrzana adaptacja nieprzeczytanej powieści)

(Nie przeczytałem żadnej książki Tomasza Manna. Ten kamingaut jest odważny, bo to tak, jak gdybym wyznał, że nie słyszałem III symfonii Beethovena albo „Dark Side of the Moon” Pink Floydów.)

Obejrzawszy, autor bloga wysnuł kilka wniosków natury ogólnej z tego monumentalnego kawału epiki.

Po pierwsze, człowiek łatwo daje się omamić ideom rzekomo trwalszym niż on sam: jak nie firmie, to ojczyźnie (nie minie sto lat a potomkowie handlowców z Lubeki i utracjuszy z Monachium, ramię w ramię, w imię narodu, pomaszerują na Wa., a potem dalej.) Po drugie, bardzo jest łatwo zatracić swoją wewnętrzną wolność, ufając, że najważniejsze jest poza nami. Łatwo się przyzwyczajamy do zwyczajnego autorytaryzmu. Po trzecie, Goffman ma rację: peruka matki i kronika pełna nieszczerych wyznań, teatr życia codziennego. Last but not least, film jako jeden wielki komentarz do Koheleta. To ostatnie ujęcie aż ciarki.

(Autorowa bloga składa do tych zapisków votum separatum, zaznaczając, że nie znosi filmów kostiumowych i że „Buddenbrookowie” są filmem nudnym, nic niewnoszącym, przypominającym „Przeminęło z wiatrem” oraz że to zmarnowane dwie i pół godziny, które można było – jakby to określił senator Thomas B. – poświęcić dla dobra firmy.)

(1,0/4,5)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s