W dniu, który był do d…, byliśmy w kinie

Właściwie były to dwa filmy w jednym. Pierwszy: komedyjka, opowiastka o zwyczajnym szaleństwie, w języku, za którym kiedyś przepadałem. Drugi – krótszy nieco, zupełnie niekomediowa opowieść o miłości, która jest ponad śmierć. I która – wyszukuję jak zwykle wątków religijnych – jest ukrzyżowana. Tym razem, idąc ulicą Emilii Plater, nuciłem „Death is not the end, not the end”, głównie dlatego, że nie potrafiłem odtworzyć niesamowitej melodii przewodniej.

(Dziecięciem będąc mieszkałem na ulicy Privoz 7. Była jesień, kasztany, słoneczne brzegi Ljubljanicy, a mieszkanie należało do niejakiego Mihy Furlana. W pierwszej scenie filmu, na pierwszym pogrzebie, który obejrzeliśmy, z tyłu można było zobaczyć nagrobek z nazwiskiem Furlan. Tak sobie zauważyłem.)

(Jako, że dzień był do d…, z premedytacją wybrałem film, którego dźwięczny i zrozumiały w językach słowiańskich tytuł brzmiał „Odgrobadogroba”)

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s