Krakowskie Przedmieście, trzeci sierpnia

Wyruszyli. Jak co roku. Odkrywać, że poza szybami nudnych biurowców, supermarketów i Bóg wie czego jeszcze jest inne życie, gdzie potrzeba już tylko dachu nad głową, chleba i wody (a nie ma tego całego koszmarnego hałasu i chaosu). Trzeciego sierpnia, nastrój zawsze był uroczysty. Wstawało się wcześnie rano. Na zaspanych przystankach ludzie z bagażami. Miasto budziło się. Ale oni zostawiali Miasto, wszystko to, co ich przez tygodnie, miesiące uwierało, męczyło i nie dawało spokoju. Bagaże należy składać przy Unii Lubelskiej, na parkingu, przy niedobudzonym targu, Miasto patrzy oczami wież i dachówek ze staromiejskiego wzgórza, patrzy zamek, w dali kościół AVE i święta Agnieszka. Wyjdą spod katedry. Śpiewając godzinki pośród rozstawianych stolików kawiarni i pubów. Będą machać staruszkom i kierowcom, skakać i mówić, że już wyruszają, że Miasto przez które przechodzą już nie jest codzienne, zwyczajne, ale – jakby całkiem inne. (Zawsze mnie zastanawiała ta gwałtowna zmiana perspektywy. Tak jakby krawężniki oddzielały rzeczywistość zwykłą od sakralnej. Traciłeś prawo własności do miejsca, nawet swojego własnego, stawałeś się po prostu pielgrzymem. W ogóle, kwestia miejsca i jego percepcji stanowi dla mnie kluczowy – jak widać z moich wynurzeń – punkt życiowej filozofii). Tak więc będą szli przez główne ulice, a na rondzie po raz pierwszy poczują się zmęczeni monotonią trolejbusowych kabli. Zresztą ciągle będą się żegnać: ci, co zostają, nawet najbardziej wytrwali wracają do swoich autobusów, ogródków działkowych, mieszkanek z widokiem na zieleń elesemu albo betonowiska Czubów. Ostatni jeszcze długo będą machać przy brzydkim kościele, gdzie podają kompot (teraz będzie im towarzyszył dzień w dzień) i szarlotkę (j.w.). Miasto bardzo szybko zniknie: gdy będą się odwracali zobaczą tylko drogę, zarysy budynków, reklamę supermarketu. Na razie niepewnie będą usiłowali nawiązywać rozmowę z nieznanymi, szukać eufemizmów na słowa „brat” i „siostra”. Dopiero gdy położą się wokół szkoły w S. poczują, że długo już idą, i że są zmęczeni bardziej niż zwykle. Zaczną wymieniać uwagi o samolotach na niebie, smaku pierogów i kolejce w ubikacji. Ktoś zapyta ile do noclegu, po kogoś przyjadą rodzice. Dopiero wieczorem poczują ulgę. Minie pierwszy dzień. Będą patrzyli na swoje plecaki i śpiwory ułożone w rzędy przy kościele, i nasłuchiwali gdzie pójdą spać. Będą musieli przywyknąć do egzotyki wyczytywanych nazw: „Gwiazdeczki Maryi”, „Słoneczka”, „Baby Sisters”, „Blues Brothers”.

(Bardzo żałuję, że nie mogę dostrzec ich  jak idą, nawet z 36. piętra)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s