Tego poranka nigdy nie lubiłem.
Budził się wilgotny i zamglony.
Leniwie sunęliśmy po asfalcie, mżyło.
Dopiero koło południa przejaśniało się.
Opływaliśmy w dostatek jedząc trzydaniowy obiad
na placu koło kościoła (rosołek, kurczak lub pierogi, babka piaskowa).
Potem znowu się dłużyło, tyle, że było gorąco.
Rozmowy nie kleiły się. Na łące był tylko kompot albo mleko.
Wreszcie pojawiał się Urzędów.
Dom nad strumieniem i kanapki z pomidorami.
Pojawiały się nad nami gwiazdy. Wesoła muzyczka. Po ulicy spacerują pielgrzymi. Szczekają psy. Z okien czuć ciepło. Księżyc oświetla wieczór.
