02042005

Rok minął.
Od chwili, gdy sygnały telefonów komórkowych w moim kościele pełnym ludzi
zaczęły oznajmiać, że „odszedł Pasterz nasz, co ukochał lud”.
Potem był głos sąsiadki, która powiedziała to, czego nikt nie chciał usłyszeć.
Kamienne twarze kardynałów i biegnące do nieba „Salve Regina, Mater Misericordiae”.
Jeszcze się do chóru dołączyły dzwony (i tak bez przerwy biły przez pół godziny, a może i dłużej,
oznajmiając, że to znowu jest noc paschalna. Raz drugi w przeciągu tygodnia).

(źródła zdjęcia nie mam, rok temu wszystko zapisywałem po prostu, nie patrząc skąd i dlaczego)

A ja zachowywałem się jak bóbr i nie wstydzę się tego.

(Nikt też mi mądry mądrością względną nie wmówi, że to rola mediów, narodowa histeria i koszulki są fajne, że „nie płakałem po Papieżu”.
Bo ja owszem, i to dużo)

Ale poczułem też wtedy pewność niesamowitą. Pierwszy raz chyba taką w życiu pewność poczułem. Że On już jest w Niebie, ergo Niebo na pewno istnieje.
A ja świadkiem jestem: widziałem umieranie Świętego.

(i nie był to pucułowaty Sebastian przebity strzałami
ani święty z radzyńskiego kościoła, na którego zawsze patrzę w Wigilię,
a który dziwnie męczeńsko się uśmiecha).

To był prawdziwy Święty.
To jest prawdziwy Święty.

…ora pro nobis.

1 Comment

Dodaj komentarz