
W kwietniu
Kiedy biegniemy z rozwianymi torbami z czekoladkami Leonidasa w środku, trzymając się za ręce, wieczorem, Kruczą, przypomina mi się Luwr i scena z „Marzycieli”.
Niewidząca z białą laską na moim przystanku ćwiczy aerobik.
Ruda licealistka śpiewa do siebie przy drzwiach sto osiemdziesiąt.
Najważniejsze – mówi Dż. – to przeżyć ten rok czterdziesty siódmy, potem będzie lepiej. Będzie lepiej H.? – pyta.
Na arenie męskiego sportu jakim jest wymiana opon, matka i córka popijają z termosa kawę.
Kiedy płacę, wręcza nowy adres. Na tym dywanie z betonowych płyt stanie niedługo osiedle a tak lubiłem tam wschody słońca przy wymianie jesiennej.
