księgarnia 26/26

Triest, Riva Carciotti, 1893, drzeworyt z „Le cento città d’Italia. Supplemento mensile illustrato del Secolo”, źródło: picryl.com

Jan Morris, Triest, czyli nigdzie, tłum. Jarek Westermark, Czarne 2026

W Imperialnym Muzeum Wojny nie ma frontu wschodniego. Układam to zdanie, wydaje się, bez związku z Triestem (gdzie on, a gdzie Przemyśl?). Przyjęło się, że o Europie Środkowej (a Triest przynależy do niej, a nie do Południa, ba, jest ostatnią stanicą mitteleuropejskości) najlepiej piszą jej mieszkańcy rozmiłowani w jej licznych upiorach i widmach. Tymczasem tutaj na adriatycki port spoglądamy oczyma Walijki, a więc spojrzeniem odmiennym od naszego. Oczywiście – jak to w portowych miastach – tych inaczej spoglądających było wielu. Jan Morris dzieli i język, i Triest choćby z Jamesem Joyce’em.

To spojrzenie z dystansu pozwala autorce na pisanie zdań, na które żaden Środkowoeuropejczyk, potomek obywateli państw obojga narodów, podwójnych monarchii, wreszcie socjalistycznej federacji, tych wszystkich, które rozpadały się w ogniu narodowej żarliwości, by sobie nie pozwolił jak choćby cytat o tym, że patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców (s. 126, choć zdaje się, że tu albo autorka albo tłumacz miesza znaczenie pojęć nacjonalizmu i patriotyzmu).

Podoba mi się pisanie Morris, bo nie tyle jest o mieście, co o niej samej, lecz za to w sposób nienachalny, dyskretny. Stara poetka (?) patrzy na Triest.

Triest, ów melancholijny, ukryty pod krasowym płaskowyżem, cypel podwójnej monarchii od dawna jest moim niespełnionym celem podróżnym. Zastanawia mnie jego włoskość, która – jak opisuje Morris – jest zupełnie odmienna nawet od tej weneckiej, nie wspominając lombardzkiej czy neapolitańskiej. Podejrzewam jednak, że między Turynem i Triestem musi istnieć jakieś pokrewieństwo.

Na Primorskem burja – mówił pogodynek w słoweńskiej telewizji lata temu. Primorska to nic innego jak oderwany od Triestczyzny jej południowy skrawek. Burja to opisywana w książce bora, porywisty wiatr przewracający przechodniów i frustrujący przyjezdnych.

Im dalej w książkę, tym bardziej staje się poetycka, podróż zamienia się w wyobrażenie podróży. Przypowieść ze s. 177 o specjaliście na emeryturze sprowadza nas znad morza do własnego mieszkania w nieokreślonym kiedyś. Tak się zdarza, że czytając „Triest”, koresponduję z K. o nostalgii, przywiązaniu do miejsc, o Tamtu i Tutam, które dwadzieścia lat temu wymyśliłem w tych tu swoich notatkach. Triest staje się znakiem, metaforą, pars pro toto naszej tęsknoty za trwałością miejsc.

Piszę K., że chodząc dziś po Lublinie, czuję się jakbym chodził w innym mieście niż wciąż obecne, tamto, widmowe. Jan Morris tak chodzi po Trieście. Kolejny powód do podróży właśnie tam.

(I tylko jedna rzecz mnie gnębi. Omyłka autorki albo tłumacza: skały Krasu nie są sandstone, piaskowcami, ale limestone, wapieniami).

Dodaj komentarz