księgarnia 24/26

Majdi Fathi, Wysiedlona dziewczynka chroni się przed zimnem w obozie uchodźców w Gazie, 13 stycznia 2026 r., (c) Majdi Fathi, źródło: https://www.facebook.com/majdi.fathi.5
Jeśli do wyszukiwarki wpiszesz hasło „Children of Gaza” otwiera się przed tobą otchłań Zagłady, którą zorganizował Izrael. Dzieci zagłodzone, zakrwawione, rozerwane, dzieci w białych workach na dzieci, uśmiechnięte z przedwojennych zdjęć dzieci, których już nie ma.
Tymczasem fotoreportaże Majdiego Fathi, podobnie jak „Dziennik z Gazy”, pozwalają przybliżać życie Gazańczyków i odczarowywać narzuconą przez media obcość.

Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy, tłum. Agnieszka Rasmus-Zgorzelska, Znak 2026

Oby Bóg pożałował, że sprowadził tę wojnę, która nas dzieli (s. 14).

Nie mogę czytać. Paręnaście zdań i przerwa, żeby pomyśleć o czymś innym.

Czytaliśmy Annę Frank i Całka Perechodnika, ale tutaj mamy dziennik z czasów Zagłady, gdy istnieje whatsapp i nuci się Taylor Swift. W te wszystkie opisywane dni coś robiłem (najczęściej chodziłem do pracy, ale też czytałem książki, kupowałem bilety lotnicze, siedziałem za szybą zajęć gimnastycznych na Egzaltowanym), budząc się we własnym mieszkaniu i nie bojąc się, że nagle spadnie sufit.

Na rozmaitych seminariach panie i panowie chrząkając zastanawiają się, co po siódmym października. Chodzi im przede wszystkim o obronę użytecznego dogmatu, że Zagłada była czymś wyjątkowym, w sytuacji, gdy wnuki ocalonych urządzają nową. Dziennik pisany w ginącej Gazie, zapis wyjątkowego bestialstwa, jasno pokazuje, że ów dogmat jest nie do obrony. Już teraz dla mnie, dla nas dokoła, dzisiejszy Izrael jest czymś takim jak Niemcy w 1942 roku. Zaciągnął winę, wymaga kwarantanny.

Relacje z Ukrainy trafiały do nas szybko, nie potrzebowaliśmy ich rozszyfrowywać. Z Gazą inaczej. Przez lata Izrael budował wokół niej opowieść o prymitywnym, n i e l u d z k i m kraju terrorystów. O zezwierzęconych islamskich uchodźcach słuchaliśmy miesiącami (mówił zły K., mówił wspaniały T.: mówili to samo, bo w gruncie rzeczy różnica między ich prawicowymi umysłami była estetyczna, nie etyczna). Autor dziennika opowiada tymczasem o ludziach takich jak my, ludziach w wielkim strachu, którzy tracą wszystko a komórkowe słowniczki podpowiadają im frazy kondolencji.

Notatki w książce pochodzą z jesieni i zimy sprzed dwóch lat, zanim jeszcze Gaza zmieniła się w getto. Rok później musiałem uczestniczyć w jakimś koszmarnym spotkaniu, gdzie wyzywano Palestyńczyków i sławiono izraelską armię (por. Zapiski z poufnego wiecu), działo się to w Polsce. Do dziś jestem dumny z siebie, że jako jedyny nie wstałem, by czcić pamięć „bohaterów”.

Te dwa lata oznaczają, że nie mamy pewności kto z bohaterów „Dziennika” przeżył (autor wyemigrował, więc jest bezpieczny). Nawet dzisiaj po rozejmie, sprawdźcie u Majdiego Fathi, raz po raz ludobójcy uderzają rakietami. Nie chodzi przecież o zwykłą wojnę, chodzi o całkowite wyniszczenie i wymazanie.

Może by, zamiast rozmaitych seminariów o siódmym października, w gmachu na Anielewicza zorganizować spotkanie wokół „Nie zapomnij nakarmić gołębi”.

*

Zawsze z czytanych książek staram się czegoś nauczyć. Autor „Dziennika” radzi, aby docenić to co się ma: dom, ciepłą wodę, talerz z jedzeniem. Jego znajomy dopowiada o cappuccino: Było gorące, było pyszne (…) Denerwuje mnie tylko to, że nie skończyłem go pić, bo się spieszyłem. Zostawiłem połowę, nie wiedząc, że to będzie moje ostatnie (s. 241). Nauczyć się doceniać poranną kawę.

*

Kiedy kończę czytać, z południowego Libanu nadchodzą podobne wiadomości jak tamte z Gazy. Szykujemy się spokojnie do świąt, scrollując zabitych i pozbawionych domów. Tam też ktoś lubił cappuccino, słuchał Taylor Swift i umawiał się ze znajomymi na steka.

Dodaj komentarz