
Marta Tomczok, Blizny. Krajobrazy po przemyśle, Czarne 2026
Jest w tym pewien paradoks.
Z jednej strony utracony krajobraz, wspomnienie tamtej minionej sielanki: skowronki nad polami, drewniane chałupy, w których wieczorami spotykają się sąsiedzi, żeby rżnąć w karty, dzieciństwo na tle łąk i piaszczystych brzegów miejscowej rzeczki. Im bardziej oddalamy się od rzeczywistego miejsca, tym bardziej nabiera ono mitycznych rysów.
Pagóry Lublina, utracony czechowiczowski krajobraz, krzaki porzeczek pośród połaci łąk, wszystko pokryte gęstym miastem.
Pragniemy, aby nic się nie zmieniało. Jest tak pięknie.
Z drugiej strony gdzieś musi się budować. Wiadomo, że nie na naszym podwórku, ale trzeba wznosić kopalnie, huty, autostrady, osiedla mieszkaniowe. Łąki dzieciństwa stają się mglistym wspomnieniem, krajobrazy zmieniają się w poematy.
Mieszkańców wielkich peerelowskich placów budów nikt nie pytał o zdanie. Marta Tomczok rozmawia z nimi po latach, a oni, wysłuchiwani, odmalowują obrazy szczęśliwych wiosek. Autorka łatwo ulega ich czarowi. O krainie, która zniknęła w wykopie kopalni Bełchatów, pisze: jeśli gdzieś na świecie istniał raj, to właśnie w Piaskach. Po odkryciu węgla zniknął (s. 113). Nie sposób zweryfikować tej tezy, chociaż publikacja sprzed wojny (nie można więc oskarżyć ją o propagandę) tę samą okolicę nazywa społeczną wyspą ciemności (s. 172).

„Blizny” są zapisem żałoby po krajobrazie. Żałoba nie kieruje się rozumem. Tak jak odrywanie od roli, które kończyło się lokalnymi buntami, choćby tymi opisanymi na s. 54, buntami, którymi nie zajął się, o ile wiem, żaden historyk od wielkiej historii.
Proces, który opisuje Marta Tomczok to jednocześnie najbardziej brutalny przejaw głębszej przemiany: odchodzenia od gospodarki rolnej razem z tradycyjną kulturą wiejską i przechodzenia do industrializacji oraz masowej migracji do miast. Wysiedlanie wsi pod budowę wielkich zakładów przemysłowych było okrutne, ale w pewnym sensie nieuchronne. Tamta wyśniona wieś i tak uległaby zagładzie.
Oczywiście odczytujemy to z innej perspektywy: zakochani w autentyczności, świadomi narastającej katastrofy klimatycznej, krytyczni wobec miasta masy maszyny. W sukurs przychodzi nam hamburski Caspar David Friedrich przeciwstawiający naturę słabemu człowiekowi (sam CDF pojawia się, a jakże, na s. 264).
Zapisuję to w Lublinie, gdzie budzi się we mnie bunt taki jak u bohaterów „Blizn”. Lessowe wzgórza zamieniają się w chaotyczne blokowiska, doliny rzek w dziesięciopasmowe autostrady, pozbawione jakichkolwiek zadrzewień. W najlepsze trwają pozbawione refleksji nad krajobrazem lata osiemdziesiąte.
