
Julia Jost, Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanków szczerzy się ku niebu, tłum. Zofia Sucharska, Cyranka 2026
W tym marcu mam szczęście do dobrej prozy, a może należałoby skrócić to zdanie? W tym marcu mam szczęście.
Powody, dla których zamówiłem akurat powieść Julii Jost były trzy. Wspaniały tytuł, takaż okładka i fakt, iż w marcu dziewięćdziesiątego pierwszego roku (mniej więcej w czasach, kiedy dzieje się akcja „Tam, gdzie…”) zjechałem zemdlony od choroby lokomocyjnej jugosławiańskim autokarem z przełęczy Ljubelj wprost do Koroški (jak na rewizjonistycznych mapach pogody w słoweńskiej telewizji nazywano Karyntię). Niemniej skoro widziało się Wiedeń, prowincjonalny Klagenfurt robił wrażenie marnej podróbki (na pewno miał za to supermarket Hofer o miłym zapachu).
Julia Jost zabiera czytelników jeszcze głębiej na prowincję, do – szukam odpowiedniego słowa – podhalańskiej wioski. Opowieść dziewczynki-narratorki wyjawia nam sekrety intymne, rodzinne i sąsiedzkie. Austria po raz kolejny poddawana zostaje wiwisekcji.
Wykrywacze austriackiej pedagogiki wstydu nie mają trudnego zadania. Tamtejsi literaci i filmowcy wciąż nienasyceni, wciąż brakuje im odpowiedniego poziomu patriotyzmu i innych cnót. Julia Jost, bądź co bądź młode pokolenie, jest jedną z nich. Nóż z napisem Moim honorem jest walka zabija (?) już w drugim rozdziale.
Ponieważ mamy do czynienia z opowieścią dziecka, prowadzona jest ona w surrealistycznym języku fantazji i wyolbrzymień, czas jest rozciągliwy. Znowu dopasowuję do tego, co czytam ilustracje, i po raz kolejny chodzą mi po głowie obrazy Aleksandry Waliszewskiej, tym razem nie potworne, ale dziewczynkowe.
(Rudzik, rudzik, co oznacza rudzik u Julii Jost, ten maleńki świadek Pańskiej męki?)
I kiedy w przedostatnim rozdziale nadchodzi czas pożegnania, naprawdę jest mi smutno i chciałbym pochlipywać w autobusie w rześkie rano za utraconą fabułą, a może za utraconym dzieciństwem.
Kiedy wtedy wracaliśmy, znów przez przełęcz Ljubelj, kierując się na południe, nie było mi już niedobrze. Może to organizm przyzwyczaił się do zębów Karawanków.
