
(Na podstawie artykułu Piotra Nazaruka Kokebe, Czutyk, dos Gesl i inne. Żydowskie toponimy Lublina, „Studia żydowskie. Almanach”, nr 9-10, 2020, odkrytego w „Nieświętym mieście„)
inne wspomnienie
Gdyby wiedział wtedy, mogłoby być tak:
Idą z babcią I. i Kajtkiem, czarnym podpalanym kundelkiem od sąsiadów, na spacer chodnikiem nad rzeczką w stronę botanika. Woda jest mętna, dziadek łowił w niej raki, ale to było po wojnie, czterdzieści lat temu, teraz stoi brunatno-żółta jak benzyna. Cherlawe trzciny porastają brzegi, do których zbiega Kajtek. Niemniej znają miejsca, gdzie można dostrzec kijanki.
Ogródki działkowe im. Puławskiego (przy Puławskiej, zawsze go to śmieszy) jeszcze nieprzeorane ulicą, za kapliczką i topolami podchodzą pod domy na wzgórzu, ten wielookienny należy do werbistów. Po drugiej stronie nad nimi drży asfalt alei Tysiąclecia: cegielni już chyba nie ma, za to zostawili za sobą (czasem chodzą z biegiem cieku aż do mostku na Sławinkowskiej, czasem, jak teraz, wybierają spacer pod prąd) staw.
Zwykle dochodzą tylko do wlotu tunelu pod aleją, dalej nie ma sensu. Tunel jest ciemny i śmierdzi. Zaraz za nim trafia się na sztuczne zakole rzeki i ogrodzenie ogrodu (jeżdżą tam czasem trabantem oglądać roślinne nowości).
– Kokebebe – chłopiec jak zwykle śmieje się z nazwy, która tak bardzo przypomina mu Limpopo z ruskiej książki o doktorze Ojboli – nasza Kokebebe, chodź Kajtek, wracamy!
(Pierwsze skojarzenie, gdy odczytuję ze zdziwieniem nazwę poczciwej Czechówki, wprawdzie na jednym tylko, dolnym jej odcinku – co czyni moją historię jeszcze bardziej nieprawdopodobną – unosi mnie konsonansem na Koekelberg).
