
prawie idy marcowe
1.
Wiara w wielość światów prowadzi donikąd. Jest tylko twój tuiteraźny – idzie z księgarni w marcowy wieczór i myśli. Znowu nałowił cudzych światów, jak nie z tiktoka, to z książek. Zamiast opisać własny.
Kiedy Ma spytała go dzisiaj, kim chciałby zostać, odparł spod mapy kaźni, że nie wie. Zupełnie nie wiedział. Jakby istniał w tych wszystkich cudzych światach, ale nie w swoim.
Podobał mu się ten wieczór. Wszyscy po kolei wychodzili. Pan Ryś, obsobaczony ostatnio przez kierowniczkę, długimi pociągnięciami malował na mokro podłogę. Kim chciałby zostać?
Życie każdego człowieka, opowiedziane szczerze, jest powieścią – pisał Ernest (na s. 508 „Śmierci po południu”), ale Ernest żył naprawdę, głębokimi haustami, ryzykując wciąż życie. On natomiast to żadna powieść: oprócz pokaźnego zbioru opowiastek i mapy kaźni, którą przychodzili podziwiać do jego pokoju, niewiele więcej.
2.
Przez dwie godziny przedstawiciele jednego małego narodu nadawali na drugi nieco większy. Sprawy zaszły za daleko – myślał, bojąc się sięgnąć po ciasteczko – wypominano zbrodnie coraz starsze i coraz bardziej zapomniane.
Nie mieli dla nich podarunku. To faux pas wychwycili zaraz, gdy mieli siadać, ale zamiast tego śniady wysoki mężczyzna wręczył im kawałek skały z czymś na kształt srebrnego kwiatu.
Takie małe narody jak nasz – mówiła pani posłanka, głowa delegacji – pochłaniają więcej historii niż da się strawić. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich narodów, tamtego na pewno nie. Nawet jak mówili o nim, używali capslocka. Czytał tytuły książek za ich plecami.
Długi czas pracował z powodu Eks. Tak jak w tamtych czasach była dobrą szefową, tak samo ich zaciętym wrogiem stała się teraz. Manipulowała, oskarżała, pisała donosy i ogłaszała manifesty. Dokładnie jak ci tutaj mówiący o tamtych.
Pani Kuchenka poszła już do domu, więc stół sprzątali sami. Zdjęli koziołki z nazwiskami, zlali niedopite kawy i zebrali niedojedzone ciasteczka. Tyle zwykle zostaje po wielkich sprawach. Ma niosła termosy.
3.
Przegapił szwedzkiego króla. Wszystko przez wycieczkę.
Sam się zgłosił. Dzieci okazały się nieznośne. Dziecko wsunęło mapę muzeum pod gablotę i zostało przyuważone przez przewodniczkę.
Znajdowali się w tym chybotliwym wieku, kiedy kończyli z dzieciństwem i zaczynali przygodę pełno żalów, ochów i obcości.
I tylko Starówka o poranku była pusta i wspaniała. Niskie słońce wpadało w okiennice i załamywało się w zaułkach. Tak, ten widok był dobry, może nawet wart utraty Karola Gustawa.
