
Joan Didion, Miami, tłum. Jowita Maksymowicz-Hamann, Grupa Wydawnicza Relacja 2025
Czterdzieści lat wstecz. Prezydentem Stanów jest Ronald Reagan, na Jowicie 2IC słuchamy trzeszczącego „Głosu Ameryki”. Reagan jest dobry, Gorbaczow – jeszcze do końca nie wiadomo jaki, ale pewno zły.
Parę lat później system nad Wisłą trzeszczy bardziej niż „Głos Ameryki”. Mieszkamy jeszcze na szóstym piętrze, gdy w telewizji para detektywów w luzackich ciuchach, pokazuje nam Miami. Pędzą kabrio po bulwarach z palmami i wieżowcami. Melodia jest krzykliwa. W ofercie niemieckich katalogów wysyłkowych – dzięki cioci śledzę je na bieżąco – pojawiają się zegarki z logiem MIAMI VICE.
To właśnie to Miami, i ten Reagan, którzy są tematem książki Joan Didion.
Do dzisiejszego popołudnia nie przyszło mi nigdy do głowy przyjrzeć się Miami, przestudiować przedziwny kształt miasta, wąskiego, gęstego pasa między mokradłami a oceanicznym plażowym lido. Droga krajowa przecina je, by zakończyć się na archipelagu drobnych wysepek, ciągnących się w kierunku Karaibów i zakończonych w Key West. Jeszcze większe zdziwienie budzą odległości: w linii prostej do Hawany jest trzysta siedemdziesiąt kilometrów, do Nassau na Bahamach – niecałe trzysta. Nie bez przyczyny nowojorsko-kalifornijska autorka uważa Miami za miasto w Ameryce Południowej.
Czterdzieści lat później wszystko jest o wiele bardziej, prezydent, prawica, polityka, emocje. Rzekomo mroczne „Miami” czyta się dzisiaj – trwają bombardowania Iranu w imię, a jakże, wolności – jak bajkę.
No i Joan Didion jest olśniewająco sarkastyczna. Tym, co udaje jej się najlepiej to odmalowanie prawicowego umysłu, antykomunistycznego zacietrzewienia, które nakazuje żyć w ciągłym wczoraj, fantazjować o la lucha i z upodobaniem oddawać się polowaniom na czarownice (biorąc pod uwagę arsenał zgromadzony przez kubańskich migrantów polowanie nie jest w tym wypadku przenośnią).
Waszyngton rozgrywa tychże migrantów, jak nie przymierzając Polskę, mamiąc, czarując a w odpowiedniej fazie – porzucając. Rozmówcom Didion wymknie się nawet słowo utylizacja.
Deklaracja z Santa Fe, która głosi: prawa człowieka, stanowiące pojęcie względne w kategoriach kulturowych i etycznych (…) należy porzucić i zastąpić nieinterwencjonistyczną polityką realizmu politycznego i etycznego (s. 220), opisywana jest przez Didion jako niszowy dokument amerykańskiej prawicy – po czterdziestu latach, o zgrozo – okazuje się główną wytyczną trumpizmu. Kurort Gaza rodzi się przecież we florydzkim Mar-a-Lago (jest rok osiemdziesiąty piąty, Donald Trump kupuje posiadałość nieopodal Miami).
Żeby nie oddać się czarnowidztwu, do czego prowadzi podglądanie teraźniejszości, jeszcze raz wracam do dusznego Miami czterdzieści lat temu. Fragment jest krótki, ale fenomenalnie opisuje Didion quinces, wyszukane przyjęcia z okazji piętnastych urodzin (s.66).
