
Ivana Gibová, Babunia (c), tłum. Izabela Zając, Książkowe klimaty 2025
W roku dwa tysiące dwudziestym panowała zaraza a ja w paczkomacie koło sklepu z glazurą (szło się koło zamkniętego przedszkola i zamkniętej szkoły, przez stare osiedle, a wracało wzdłuż forsycji i samu z reglamentowanym wejściem) odbierałem prenumeratę „Książkowych klimatów”. Sześć lat później myślę, że brakuje mi i tamtego czasu, i tamtej prenumeraty.
Co wspólnego ma ta mała płacząca dziewczynka idąca w ciapkach do przedszkola z tą ledwo trzymającą się na nogach pijaną kobietą?
Jakimś sposobem spośród opowieści o zje.anym życiu – dość licznie prezentowanych w literaturze – wyjątkowo przypada mi do gustu ta słowacka, dziejąca się w Mieścinie (nie wiem czemu kojarzącej mi się bardziej z Rykami czy Puławami niż z R.)
Ivana Gibová pisze dosadnie (wewnętrzny głos podpowiada mi, że należy użyć tego słowa): byłoby to nostalgiczne – jak ze starych slajdów (nieprzypadkowa ilustracja!) – ale nie ma w tym ani krzty nostalgii, tak jak nie ma szczęśliwego dzieciństwa ani takiegoż dorastania, ani na koniec pogodnej starości. Najntisy są tu nagie.
Ale zostawmy na chwilę Magduškę, główną bohaterkę. Co jakiś czas narracja zmienia się z pierwszoosobowej w dronową. Przekierujmy dron nad Anetkę, córkę Babuni, zawsze posłuszną i zawsze w cieniu. Nie ma nawet własnej fabuły, nikt o niej nie opowiedział. Narratorka lekceważy ją od pierwszych stron. Żal jej, najbardziej jej żal.
Jest marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego. Czytam „Babunię (c)” szybko, chwytam zdania. Kiedy zamykam ostatnią stronę, pozostaję jakiś rozbity, A. dopytuje co się stało i nie może uwierzyć, że to z powodu książki.
