
Samanta Schweblin, Siedem pustych domów, tłum. Tomasz Pindel, Pauza 2026
Kiedy Jarosław pisze „Starego poetę”, poruszające strofy o starości, tak naprawdę zawiesza zasłonę, za którą się ukryją. Parę lat później Hania popadnie w religijną paranoję, opętana wizją mąk piekielnych, a on nie będzie miał pojęcia jak sobie z nią poradzić. Podobnie w „Miłości” Hanekego Georges nie radzi sobie ze starością Anny. Dokonany przez niego coup de grâce jest próbą ocalenia tego, co pozostało.
„Siedem pustych domów” – poza jednym opowiadaniem – jest okrutnym wglądem w starość, bez poetyckich zasłon, czy owijania w bawełnę. Obserwujemy niezrozumiałość zachowań i bezradność bohaterów, przeradzającą się w stupor albo agresię wobec świata, zaczynając obawiać się, że to może my za iks lat. Schweblin jest przenikliwa i przekonująca.
Tylko „Pechowiec” jest o czymś innym niż starość. Wyobrażam sobie wrześniową poczekalnię na sorze i umieszczam tam bezimiennego bohatera opowiadania: wydarzenia toczą się szybko, może trafiają do pepco? Niemniej już w chwili, gdy się dosiada do dziewczynki, jest skazany i potępiony (dziś Jeana Valjeana szukałaby cała policja Francji i Interpol).
